Jak kupić dom bez kredytu?
Czyli o naszych ogólnoludzkich alternatywach

Posty: 1   •   Strona 1 z 1
Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2550
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Jak kupić dom bez kredytu?

przez krzysiek4 » poniedziałek, 20 lut 2017, 20:37


Jesteśmy tacy nowocześni i tacy mądrzy, że aż strach. To proszę przeczytać jak wygląda normalność, jak zbudować tani, ekologiczny, piękny, żywy dom. Jak żyć bez kredytów, pozwoleń budowlanych i wielkiego brata. Za to z braćmi i sąsiadami. Dziś fragment wspomnień z Besarabii z początków XX wieku, opisanych przez Stanisława Makowieckiego w książce: „Mamałyga, czyli słońce na stole”.


Obrazek



Po to, by powstał dom w Skajanach, niepotrzebne były fundamenty, natomiast niezbędna była miłość. Gdy dwoje młodych przy końcu długiego nieraz narzeczeństwa postanowiło zawrzeć małżeństwo i założyć nową rodzinę,ofiarowywali się krewni i przyjaciele, aby wybudować im nową chatę. Po wybraniu odpowiedniego miejsca zabierali się do pracy najpierw mężczyźni. Zaczynali od drewnianego szkieletu, obciosywali dębowe pale i wbijali je w ziemię – według projektowanego planu. Pale przeplatano wierzbowymi gałęziami, aby oblepić je potem nakładanymi na siebie warstwami gliny, aż do otrzymania wymaganej grubości. Glinę wydobywano zazwyczaj spod grubej warstwy czarnoziemu; ożywione deszczową porą strumyki wyrzynały w nim rowy i jary, na których dnie żółciła się poszukiwana glina. Kopanie tej gliny, jej zwózka na miejsce budowy dobrze wyładowanymi karami – to też była męska sprawa. Glinę rozsypywano grubą warstwą dookoła pala wbitego w środek równego klepiska, rozbijano grudy, posypywano sieczką lub plewami i wreszcie polewano wodą. Para koni przywiązanych na długim sznurze do pala ruszała do monotonnej pracy, wyrabiając glinę cierpliwymi krokami, rozgniatając grudy, mieszając zaprawę z sieczką i wodą, kręcąc się bez wytchnienia w kółko. Popędzali zwierzęta zręczni chłopcy mołdawscy, brodząc bosymi, opalonymi nogami w jasnym błocie i zmuszając konie do nieustannego kręcenia się dookoła pala. Dodawano jeszcze krowieńca lub dłuższej słomy, aby niknąć pękania ścian. Sznur rozwijał się i nawijał na pal, powodując spiralny ruch koni, tak że pod koniec nie pozostawała ani jedna piędź ziemi bez odpowiedniego przemieszania. Po kilku godzinach tej znojnej pracy, wykonywanej zazwyczaj pod gorącymi promieniami majowego słońca, zaprawę uznawano za dostatecznie wyrobioną i zdatną do użytku.

Wkraczały wtedy na scenę kobiety. Nabierały i nosiły gotową glinę wiadrami i zaczynały nią pokrywać szkielet chaty, rozmazując ją rękami, w cienkich warstwach, jedna na drugiej. Powierzchnia, otwory i krawędzie miały formy dość nieregularne, kanty były zaokrąglone, a linie proste chwiały się jak na wybojach. Zresztą tym sposobem nie można było otrzymywać jasnych i ostrych form geometrycznych, zwłaszcza że ręce pracowitych kobiet zamiast całkowicie oddawać się pracy akompaniowały raczej ożywionej rozmowie, która rozwijała się jednocześnie i niejeden wybój na ścianie upamiętniał jakąś sensacyjną wiadomość o nocnych spacerach Horpyny z Dżudżulem. Dzięki temu brakowi ostrych i prostych krawędzi chata nabierała własnego charakteru i specjalnego wdzięku. Wydawała się bardziej ludzka, bardziej swojska, bardziej prijutna. Zdawała się wymodelowana na ciałach mieszkańców – jak but, który po latach przyjmuje formę nogi w niego obutej. Twierdzę nawet, że chaty mołdawskie miały własny styl, styl, który można by nazwać biologicznym. Formą bliższe były żywej komórki niż kamiennej geometrii katedr. Wielki architekt hiszpański Gaudi był uczulony na nieuchwytny czar tych form zhumanizowanych i pomiędzy dziełami sztuki, które pozostawił, jest wiele form obcych tak geometrii Euklidesa, jak i Łobaczewskiego. Nasze chaty mołdawskie miały geometrię własną, bardziej ludzką – i nieraz patrząc na La Pedrera lub El Parque Guell w Barcelonie wspominam nasze czarujące chaty skajańskie.

Praca postępowała szybko. Znów pokazywali się mężczyźni i ustawiali belkowanie dachu na gotowych już ścianach. Ciężkie kary wysypywały ładunki żytnich snopów, wymłóconych cepami. Rychło były dopasowane i zeszyte, tworząc ten dach gruby, dający ciepło w zimie, a chłód w lecie, którego niskiej strzechy można było ręką sięgnąć i który nadawał fasadzie chaty wygląd ludzkiej twarzy z małymi i wesołymi oczami pod jasnym osełedcem.

Na koniec budowano z gliny kuptior, wielki piec, który zajmował środkową część izby i miał płytę do gotowania, sklepioną komorę do pieczenia chleba, a u szczytu płaski strop, gdzie można było spać w okresie wielkich zimowych mrozów. Podłogę robiono zazwyczaj z ubitej i wygładzonej gliny, a w bogatych chatach z desek świerkowych.

Wychodziły znów kobiety z pędzlami i kubłami pełnymi rzadkiego wapna i zaczynały bielić chatę już suchą, od wewnątrz i na zewnątrz. Jedna z kobiet, obdarzona artystycznymi zdolnościami, kreśliła bez linii czy sznurka niebieskawe pasy przy otworach i pod przyzbami, a czasem dookoła chaty, która po tych ostatecznych zabiegach zostawała uznana za skończoną.

Ten domek, tak prosty i skromny, był jednakże cudem technologii, ekonomii i racjonalnego użycia materiałów obfitujących i charakterystycznych dla naszej okolicy. Dębowe kołki, wierzbowe pręty, glina, żytnia słoma i garść wapna! Czyż potrafiłby nowoczesny architekt zrobić domek jeszcze oszczędniejszy? Domek solidny, higieniczny i praktyczny, jakim była chata, która musiała zwycięsko odpierać ataki lodowatych wiatrów stepowych, letnie skoki temperatury, słoty pory deszczowej, zimowe śnieżyce i inwazje wszelkiego rodzaju gryzoniów, owadów i grzybów domowych. Podczas kanikuły chata była świeża i cienista, w epoce deszczowej sucha, w zimie ciepła i przytulna, przykryta żytnią baranicą i grubą warstwą śniegu który ją ukrywał prze pożądliwym spojrzeniem stepowych wilków. Gdy zbliżał się zmęczony podróżny, w chacie pojawiały się gościnne dzbany pełne kwaśnego mleka, kociołki wonnej mamałygi, a podczas długich, pięknych zachodów słońca chata ofiarowywała miłośnikom wieczornej gwiazdy swoje ciepłe jeszcze przyzby, na których siedząc śpiewano długo w noc liryczne pieśni mołdawskie, trzymając się po bratersku za ręce.

Po tygodniu chata była już gotowa i mogli wejść do niej nowi mieszkańcy, aby rozpocząć nowe życie, założyć nową rodzinę. Wchodzili pochylając głowy pod łukiem z zielonych gałęzi przybitych nad drzwiami na znak pokory i prośby do Opatrzności o szczęście dla obecnych i nowych, w przyszłości oczekiwanych mieszkańców chaty.





Stanisław Makowiecki, Mamałyga, czyli słońce na stole, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, wydanie I


http://chwilenamiare.pl/jak-kupic-dom-bez-kredytu/



-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Posty: 1   •   Strona 1 z 1

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Teraz jest piątek, 26 maja 2017, 22:51