CZYTELNIA
Wartościowe lektury i filmy, którymi chcemy się podzielić, o których chcemy porozmawiać

Posty: 72   •   Strona 7 z 8   •   1 ... 4, 5, 6, 7, 8
Avatar użytkownika
tn303
Administrator
 
Posty: 474
Dołączył(a): niedziela, 23 cze 2013, 12:05

Re: CZYTELNIA

przez tn303 » wtorek, 23 sie 2016, 11:47

Obecnie czytam świetną pracę E. Michael'a Jones'a, pierwszy z trzech tomów pt: Jałowy pieniądz Tom I Od Medyceuszu do Newtona. Jest fenomenalna i jej treść wbija w fotel, zarówno w kontekście historycznym jak i szerokim spojrzeniem z perspektywy chrześcijańskiej na problem lichwy, począwszy od czasów feudalnej Europy.

Obrazek

Książka wydana przez wydawnictwo Wektory w trzech tomach

W swojej najnowszej książce E. Michael Jones przedstawia błyskotliwe i oryginalne ujęcie dziejów kultury Zachodu z punktu widzenia gospodarki i systemu, który dominował w niej w czasach nowożytnych: kapitalizmu. Dystansując się od socjalizmu i neoliberalizmu, które traktuje jako dwie gałęzie tego samego materialistycznego pnia, Jones przedstawia historię kapitalizmu jako konfliktu między sankcjonowaną przez państwo lichwą a ludzką pracą, będącą podstawowym źródłem wartości. Lichwa stanowi podstawę całego współczesnego systemu bankowego, którego geneza sięga XV i XVI wieku. Pozwala ona na uzyskiwanie zysków bez wkładu pracy. Ten pasożytniczy mechanizm jest nie tylko źródłem fortun i gwarancją władzy, ale także przyczyną upadku współczesnego świata. Jedyną alternatywą dla niego jest, zdaniem Jonesa, katolicka wizja gospodarki, realizowana w Europie w czasach przedkapitalistycznych.

(…) Tak więc w czasach, gdy Kościół katolicki grał pierwsze skrzypce w całej Europie, tam, gdzie obowiązywał narzucony przez niego we współpracy z gildiami kanoniczny zakaz uprawiania lichwy, nie było żadnego „kapitalizmu”. Zanim kapitalizm mógł zatriumfować, musiał zostać zmieniony ów system społeczny. Rewolucja, która tego dokonała, znana jest pod nazwą reformacji. Po uprzednim rabunku własności kościelnej w Anglii, ustanowiono system prawny, „w którym… najwyższa, represyjna władza wielkiego kapitału” mogła „bez żadnych ograniczeń robić to, co chciała”8. W tym systemie:


nie ma żadnej naczelnej władzy wydającej rozkazy, lecz wszystko odbywa się na

zasadzie „wolnych” relacji kontraktowych pomiędzy indywidualnymi jednostkami

gospodarczymi, kierującymi się we wzajemnych relacjach wyłącznie własnym interesem.

Przekonanie, że wszelki ład i porządek zawsze wiążą się z prawem, organizacją

społeczną czy normami moralnymi, staje się czymś „staroświeckim”. Wszelkie

narzucane z zewnątrz regulacje zostają odrzucone 9.


Skutkuje to:

brakiem troski o innych, graniczącej wręcz z przestępstwem. Jest to brak troski o tych,

którzy zużywają swą energię życiową jako pracownicy i robotnicy na służbie u kapitalistycznych

przedsiębiorców; jest to brak troski o konkurentów, których upadek

przynosi zysk, a którzy w wielu przypadkach są zwalczani za pomocą różnorakich

brudnych metod i doprowadzani do upadku; jest to brak troski o konsumentów, którzy

znacznie rzadziej zyskują, otrzymując dobry produkt za przyzwoitą cenę, ponieważ

oni także są jedynie elementem służącym interesom producentów i kupców; jest

to brak troski o własny naród i państwo, którego najpilniejsze interesy są spychane

na drugi plan i ustępują miejsca interesom wielkiego międzynarodowego kapitału10.


Krótko mówiąc: kapitalizm jest lichwą żerującą na pracy. Albo – jak ujmuje to Ruhland – „kapitalizm jest systemem, w którym panuje wolność uprawiania lichwy przy aprobacie ze strony państwa”, bądź „systemem społecznym, w którym wolność uprawiania lichwy jest mniej lub bardziej akceptowana przez prawo”

Ze wstępu autora

E. Michael Jones (ur. 1948), amerykański pisarz, wykładowca, komentator, wydawca periodyku „Culture Wars”. W swoich publikacjach demaskuje nowoczesne ideologie, które pod hasłami emancypacji i wyzwolenia usiłują wprowadzić nowy rodzaj totalitarnej kontroli. W Polsce ukazały się jego książki: „Libido dominandi. Seks jako narzędzie społecznej kontroli” oraz „Gwiazda i krzyż”.

Źródło: http://www.wydawnictwowektory.pl/index. ... er=product

Avatar użytkownika
Death to Lies
VIP Ranga
 
Posty: 15
Dołączył(a): poniedziałek, 8 lut 2016, 17:30
Lokalizacja: Gdańsk/Toruń

Re: CZYTELNIA

przez Death to Lies » sobota, 27 sie 2016, 10:46

"Żelazna Gwardia" - książka dla każdego nacjonalisty

Obrazek



W ramach „Biblioteki Szczerbca” przygotowaliśmy opracowane poświęcone jednemu z najbardziej fascynujących ruchów politycznych XX wieku. Legion Archanioła Michała, znany później szerzej jako Żelazna Gwardia, w sposób niespotykany w innych krajach połączył nacjonalizm z głębokim mistycyzmem chrześcijańskim, tworząc Nowego Człowieka bezustannie poświęcającego się dla Boga, Narodu i Ojczyzny. Solidaryzm społeczny, pomoc rodakom w potrzebie prowadzona na szeroką skalę, a więc esencja każdego ruchu narodowo-rewolucyjnego, były emanacją ducha legionowego, nad którego formowaniem czuwał Kapitan – Corneliu Codreanu.

Prezentowana książka nie powinna stać się jedynie kolejnym elementem domowego księgozbioru. Chcemy, aby była źródłem inspiracji i zachętą do doskonalenia osobowości. Jak pisał Codreanu, to nie programów potrzebuje nasz kraj, ale ludzi nowego typu i woli.

„Żelazna Gwardia”, Instytut Norwida, 2016, ss. 134.

Do kupienia:

1. Sklep Archipelag,

2. Allegro I, Allegro II

3. lokalni przedstawiciele NOP

Spis treści:

Bogdan Kozieł „Wysłannik Archanioła”

Corneliu Codreanu „Droga Legionisty”

Corenliu Codreanu „Dziennik więzienny”

Ignacy Kleszczyński „Żelazna Gwardia działa. Rozmowa z Corneliu Codreanu”

Ignacy Kleszczyński „Ten, który był nadzieją Rumunii”

Maria Rutkowska „Codreanu – wódz odrodzonej Rumunii”

Claudio Mutti „Duchowy portret Codreanu. Rozmowa z Eleną Codreanu, wdową po Kapitanie”.

http://nacjonalista.salon24.pl/710840,z ... cjonalisty

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » wtorek, 27 wrz 2016, 16:16

Żołnierz i zapomniany pisarz. Do 1990 r. objęty cenzurą.

Eugeniusz Małaczewski


Choć gdy umierał miał zaledwie 25 lat, już za życia uważany był za jednego z najważniejszych pisarzy dwudziestolecia międzywojennego. Tom jego opowiadań „Koń na wzgórzu” był największym po pierwszych nowelach Sienkiewicza sukcesem literackim w ówczesnej Polsce. Wielokrotnie w swoim nauczaniu odwoływał się do niego Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński.

http://niezlomni.com/korwin-malaczewski ... wyszynski/



Obrazek




WIELKA BITWA NARODÓW

Humoreska

„Wielka bitwa narodów”, zanim szerszą znalazła arenę, rozpoczęła się na pięterku jednej z knajp w pewnym portowym mieście moskiewskim, skąd do kola podbiegunowego tak niedaleko, że - po pijanemu i przy odrobinie fantazji - tylko sięgnąć ręką, a jest na czym się oprzeć, by nie upaść. Owa instytucja publiczna, po wieczne czasy tą bitwą wsławiona, wyglądała tak: nad wejściem znajdował się szyld z szafirowej blachy, a na nim - wymalowana żółtą farbą ryba podobna do śledzia oraz napis w języku rosyjskim:

Pod dochłoj trieskoj. Raspiwoczno i na wynos.

Wewnątrz lokal składał się z dwóch izb, jednej na dole, drugiej na piętrze, dokąd pielgrzymowało się po wątłych, kręconych schodach, niewiele różniących się od zwykłej drabiny i opatrzonych rozchybotaną poręczą. Na górze i na dole stały pod ścianą bufety z przekąskami i beczki z pompą do piwa. Stoły zasłane lepką ceratą i zasiedziane stołki sosnowe dokoła nich dopełniały umeblowania.

Pamiętnego wieczora zebranie było liczne, jak zwykle. Obie izby do ostatniego stolika zajęli żołnierze oddziałów, w Rosji Północnej działających przeciw bolszewikom. Drobni Francuzi, o roześmianych zawsze oczach,
w mundurze barwy niebieskiej; szczudłowaci Anglicy z końską wygoloną szczęką, o łokciach i kolanach wystających przez zielony, jak trawa, ubiór; Amerykanie, bezceremonialni w obejściu, tędzy chłopcy w żółto-zielonych khaki - wszyscy rozprawiali, usiłując przekrzyczeć jeden drugiego, i rżeli donośnym śmiechem ludzi, którzy są bez troski, bo dziś żyją, a jutro z nich łopian wyrośnie. Nawzajem klepano się przyjaźnie po ramionach i lędźwiach, wychylano zdrowie żywych, pito za poległych gorzkie, jak piołun, piwo
i siwuchę, którą gospodarz knajpy, z obawy przed milicją, podawał w butelkach od lemoniady. Handel szedł na cały regulator. Kelnerki, młode dziewczyny ubrane niedbale, z rozwianym od pośpiechu włosem, ledwo mogły nadążyć na wołania gości. Widać było, że kobiety te czują się w swoim żywiole: wszystkich bez różnicy wojowników darzyły jednakowo przymilnym uśmiechem,
a Francuzów nie umiejących się z nimi dogadać jak inni, dlatego tym zabawniejszych w swej niemej przedsiębiorczości, do trzymania rąk przy sobie nie zmuszały.

Ten gwar, w którym mieszały się: wielojęzyczna mowa ludzka, wytryski śmiechu, pisk kelnerek, podskubywanych anonimowo i znienacka, obfity dym
z papierosów i fajek, sinymi welonami snujący się po izbie - ów całokształt hałaśliwego obcowania z sobą ludzi, przygodnie zebranych razem - sprawiał wrażenie, jakie na przykład na kolei wywiera zatłoczona sala trzeciej klasy
w chwili nadejścia czterech naraz pociągów.

Mniej więcej około godziny dziewiątej, bo było już po apelu wieczornym, otworzyły się drzwi i w kłębach pary, wytworzonej od zetknięcia się 30-stopniowego mrozu z dusznym powietrzem izby, weszli dwaj żołnierze. Byli co prawda w płaszczach angielskich, lecz odlany z ołowiu orzełek na maciejówce oraz amarantowe patki na kołnierzu wskazywały, że żołnierze ci nie
w angielskiej służą armii.

Byli to: kapral Maciej Hałaburda, rodem spod Kutna, i starszy żołnierz Jan Śmigło, Poznańczyk - obaj z batalionu wojsk polskich.

Sądząc z tego, jak powitał ich gospodarz szynku, i ze sposobu, w jaki dokoła odpowiadano na ich ukłon wojskowy, należeli widocznie do gości honorowych, w sferach zaś wojskowych znano ich szeroko i ceniono bardzo.

Nowoprzybyli, którzy salutowali obecnym starannie, jednak z odcieniem pewnej wyższości, nie widząc dla siebie miejsca w izbie dolnej, weszli na piętro, idąc jak ludzie znający swą wartość i przez to uważający na każdy swój krok.

Na górze ich pojawienie się zrobiło na zebranych to samo wrażenie. I zaraz jeden z Anglików, widocznie znajomy, bo się bardzo na ich widok ucieszył, zaprosił ich do swego stołu, przy którym znalazło się jeszcze miejsce. Oprócz niego siedział tam młodzieniec z rudą czupryną i białymi rzęsami, kościsty
i kostropaty.

Młodzieniec dość ponuro uścisnął rękę Hałaburdy, a kiedy usiedli, zaczął mu się przyglądać ze zdecydowaną niechęcią.

Ponieważ zasób wspólnie znanych angielsko-niemiecko-rosyjskich wyrazów
i zwrotów wkrótce się wyczerpał i konwersacja utknęła, pozostało świadczenie sobie grzeczności i wzajemny poczęstunek. Uczciwie więc przykładali się do kieliszka, zaglądając jeden drugiemu tkliwie w oczy; Halaburda - swemu znajomemu Williamowi, tak się bowiem do niego zwracał, a Śmigło - rudemu młodzieńcowi, którego nazywał Dżekiem. Nie mogąc wylać serca
w pogawędce, powtarzali z rozrzewnieniem za każdą kolejką: Polacy - „Englisz wery gud!”, Anglicy zaś - „Polish dobra!” I chociaż po pewnym czasie kurzyło się im ze łbów, rozeszliby się spokojnie, gdyby nie weszła w rachubę - kobieta.

Helena trojańska wielkiej podbiegunowej waśni synów wojny znajdowała się - a raczej fruwała - tuż obok, roznosząc na tacy piwo. Fruwała, mówię, lecz fruwaniem nie tyle przypominała motyla lub błękit - noskrzydłą łątkę, czy innego jakiegoś owada, trzęsącego skrzydłem nad łąką poezji, co raczej do upasionego pod jesień jarząbka. Zresztą nie można jej było odmówić pewnego wdzięku. Owszem, wydawała się nawet bardzo ponętną. Zwłaszcza, że
w mieście, gdzie kwaterował liczny garnizon, jedna młoda kobieta wypadała na dziesięciu mężczyzn. Toteż fruwający z tacą powód waśni mężów zbrojnych ich oczom wydawał się dziesięciokroć ponętniejszy, niż był w rzeczywistości.

Kelnerka, skoro dostrzegła amarantowe patki legionistów, stała już przy Hałaburdzie i, krygując się z niewymowną zalotnością, zapytała współbiesiadników, czy im czego nie braknie.

- Jak się masz, Anisja? - rzekł Hałaburda.

- Dziękuję, Macieju Bartłomiejowiczu. Waszymi modlitwami! - odpowiedziała, składając ukarminowane usta w ciup. - A dlaczego pan o nas zapomina? Wczoraj pana znów nie widziałam...

- Miałem służbę.

- A nieprawda. Bo służbę miał pan w „Polarnej Gwieździe” z Olą Morżową. A ona, podła, wszystko mi opowiedziała, żeby mnie zmartwić. Widzi pan!...

„Gwiazda Polarna” był to kinematograf, w którym Hałaburda poprzedniego wieczora ciemność, panującą na sali podczas puszczania filmu, wyzyskał dla łatwiejszego zdobycia serca przyjaciółki Anisji. Rozmyślał teraz nad przewrotnością kobiet i nie wiedział, co odpowiedzieć. Z zakłopotania wybawiła go Anisja:

- Ale dziś odprowadzi mnie pan do domu. Prawda?

Tymczasem rudy Dżek ujął rękę dziewczyny obiema dłońmi i pociągając ją delikatnie ku sobie, pieszczotliwie powtarzał: „Miss... Miss!”. O czym rozmawiają z Hałaburdą, nie rozumiał. Ale serdeczne brzmienie głosu Anisji tłumaczył dla siebie niepomyślnie. Był w niej trochę zakochany. Jako syn narodu pozytywistów, starał się swój ideał pozyskać środkami pozytywnymi
i składał mu w ofierze cały „jam”, czekoladę i półporcje z galetów pszennych, jakie dostawał na dzienne wyżywienie. Ograniczał się i w paleniu, bo „Miss” żądała również papierosów. Co do papierosów - podejrzewał, że robi to
z namowy Hałaburdy, który je wypala. I miał rację, ale większą, niż przypuszczał. Bo niegodziwy „Polish”, przyzwyczajony mieć za darmo to, za co się płaci, i w dodatku korzystać z drobnych przyjemności, nie tylko puszczał
z dymem papierosy Dżeka, lecz zjadał i ów „jam”, i czekoladę. Stąd wzięła się
u Dżeka niechęć do Hałaburdy. A że nie potrafił w tak skomplikowanej materii powiedzieć mu, co czuje (raz nagadał mu wprawdzie dużo gorzkich prawd po angielsku, ale Hałaburda słuchał do czasu, potem poklepał go po ramieniu i śmiejąc się, pokiwał nad nim głową), więc piorunował go spojrzeniami pełnymi nienawiści.

Tak też patrzył teraz na Hałaburdę. Mrugał raz po raz białymi jak prosięca szczecina rzęsami, czując, że zazdrość chwyta go za grdykę, bo Anisja ręki
z jego dłoni nie wysuwała, ale i twarzą, i całą postawą zwracała się do Hałaburdy i w szeleszczącym jak szept ostrych liści, obcym języku, mówiła do niego słowa, które brzmiały inaczej niż te przeznaczone dla innych.

I ten moment jeszcze nie stanowił o niełasce. Zrobiła to dopiero czyniona
w najlepszych zamiarach polityka niewieścia, która - jak to wiemy z historii - potrafi powikłać współżycie narodów.

Anisja przeczuwała, co się dzieje z Dżekiem, i żywiła obawę, że ten zazdrośnik za ich idyllę zemści się na nich obojgu środkiem prostym, jak angielska logika: ogłosi z desperacji blokadę i zaprzestanie w końcu prowiantować słodkimi darami i paliwem dla Hałaburdy. Postanowiła więc pojednać rywali. I z takim wdziękiem, na jaki ją było stać, postawiła przed obydwoma po piwie, sama wzięła trzecią szklankę i uśmiechem, kiwaniem roztrzepanej główki i gestami ręki zachęcała, by stuknęli szkłem na zgodę. Hałaburda, chłop w myśleniu lotny, zrozumiał politykę dziewczyny, pochwalił rzecz porozumiewawczym mrugnięciem i rękę z piwem wyciągnął do Dżeka.

Anglik jeszcze prędzej zamrugał prosięcymi rzęsami, wydał nosem dźwięk, jaki wydaje niezadowolone cielę, i zastanowił się. Wreszcie zrobił dłonią ruch odpychający i krótko rzekł:

- No.

Przy stole zapanowała konsternacja. Hałaburda powoli, powoli podniósł się
i przechylił przez stół. Twarz Anisji rozbłysła nagłym wewnętrznym blaskiem
i zgasła. Zmalałymi naraz źrenicami, które przybrały wyraz jakiś inny, jakby nieludzki, obserwowała obu uważnie.

William coś perswadował Dżekowi. Ten nie zgadzał się, co chwila wskazując oczyma na przechylonego groźnie przez stół Halaburdę. Sprzeczali się dość długo. Powolne tempo angielskiej mowy, jej słowa, wypowiadane jakby
z wysiłkiem, dały Śmigle sposobność do uwagi:

- Maciuś, napchnij pełniuśką gębę gorącą pyrką, obracaj ozorem, jak te heretyki, to se fajnie z nimi dogodosz...

Maciuś błysnął gniewnie okiem i, w szewskiej pasji, wykrztusił ogłuchłym głosem do Dżeka po polsku:

- Te, Anglik... mówię ci, ruda małpo, napij się ze mną po dobroci, pokiel czas... bo jak nie - to zdzielę!

Śmigło śmiechem parsknął z wielkiej uciechy. Dżek zaś i w tym parsknięciu, i w słowach obcej mowy zrozumiał jakąś obelgę straszną i, nie panując nad sobą, wyciągniętą ku niemu rękę z pełną szklanką - odtrącił. Piwo bluznęło na ceratę i ciurkiem poczęło z niej skapywać. Halaburda wyprostował się
i przymrużył powieki.

- Loboga, Maciuś! - krzyknął Śmigło - Ratuj polski hunor! Wyrżnij w ten zakuty jangielski łeb!

Hałaburda spojrzał na Śmigłę, spojrzał na Dżeka, stęknął, jakby miał cepem uderzyć, i - wyrżnął.

Anisja wrzasnęła „Ajaj!” i rozpoczęła się wielka bitwa narodów.

Obaj Anglicy zdębieli. Koledzy ich, znajdujący się na sali, przewracając stołki, spieszyli już ku nim bez słowa, lecz z zamiarem wyraźnie wypisanym na twarzy. Amerykanie dołożyli tytoniu do fajek i pozostali na miejscach, czekając na rozwój wypadków. Anisja, oparta o ścianę, spoglądała na to wszystko nieco blada, z nozdrzami rozdętymi od wzruszenia.

Nigdy sprawa polska nie wyglądała marniej. Przeciw Maciusiowi Śmigle sunęło dwudziestu dwóch Williamów i Dżeków, zakasując do boksu żylaste ręce. Nagła cisza na piętrze uderzyła hałasujących na dole. Zamilkła cała knajpa, tak że zaczął z ulicy dolatywać aż tu melodyjny dźwięk „bubienczyków” od sanek i pogwar miasta.

Maciuś ponuro obejrzał sunących na niego murem synów Albionu, wytrawnym okiem oszacował sytuację i, jako że od Śmigły był starszy stopniem, wydał mu rozkaz:

- Łam stołek!

W okamgnieniu ze stojącego obok sprzętu wyłamał każdy po kanciastej nodze i przybrał postawę do ataku. I znów padła komenda Maciusiowa:

- Naprzód!

A potem - nieludzki zgoła wrzask obu:

- Bij takich synów!...

I, dodawszy sobie serca tym okrzykiem, do zwycięstw prowadzącym armie polskie od grunwaldzkiej potrzeby aż do dziś - runęli na żywy mur ludzki ze wzniesionymi do ciosu maczugami, ignorując w ten sposób i europejski boks,
i uświęcone wiekami istnienia Wielkiej Brytanii kunsztu tego tradycje.

Zakotłowało się na sali od tupotu podbitych gwoździami ciężkich butów, zaśmigało od razów. Nie wiadomo jednak, jaki by sprawa przyjęła obrót. Czyby nasi chłopcy zwyciężyli, czy też padli z honorem - jeśliby w grę nie weszły „czynniki nieprzewidziane”. Jakkolwiek inicjatywę walki chwyta w swoje ręce ten, który natrze pierwszy, jednakże w danym wypadku ta przewaga zdała się nie na wiele. Zaatakowane indywidua były zaprawione do walki wręcz, stosunek zaś dwóch do dwudziestu dwóch wojowniczego krzepił w nich ducha.

I tu właśnie wielka dusza „starszej siostrzycy naszej Francji” ujawniła się
w całej wspaniałości.

„Czynniki nieprzewidziane”, czyli pięciu drobnych wzrostem szaserów francuskich, przyglądały się zza pleców Maciusia tej całej awanturze.
Z początku nieśpieszno im było do wkładania palców między cudze drzwi. Zrazu bowiem obleciało ich uczucie, które przez kurtuazję dla zaprzyjaźnionej
z nami Republiki nazwę oględniejszym mianem rozwagi, też bardzo cennej cnoty wojskowej.

Gdy jednak ujrzeli tak bohaterskie natarcie, zagrał w nich temperament południowców (pochodzili wszyscy z Marsylii, ojczyzny płomiennej Marsylianki). Poza tym przypomnieli sobie, jak z tymi dwoma zwariowanymi polonezami pili przedwczoraj aż do utraty pamięci, by uczcić „marechal’a” Poniatowskiego, poległego za Francję. Ale najbardziej do udziału w batalii sprowokowała ich owa dziedziczna niechęć do Anglików, dymiąca ze stosu Joanny d’Arc i przez waterlooskie pole ścieląca się aż na słynną w tej wojnie „linię Hindenburga”, gdzie Francuzi ginęli w atakach zaplanowanych wspólnie
z Anglikami, gdy ci ostatni skrobali się brzytwą pod nosem, bo nie było im pilno. Zmiarkowali to wszystko i razem, jak na komendę, wielkim głosem, niby pięć galijskich kogutów do chóru, gdaknęli:

- En avant!!!

Anglicy zdębieli po raz drugi, tym razem wszyscy. I ta jedna chwila zdębienia skutki miała fatalne. Wspólnie nacierający Polacy i Francuzi dwoili się, troili wprost w czynie walecznym. Tumult stał się jeszcze większy, bo dotychczas siepano się milczkiem, postękując jeno, jak przy rzetelnej młocce, a teraz chóralnie a wniebogłośnie rozlegało się na przemian francuskie „Vive la Pologne!” i polskie: „Wiwlafrans!”. Po rycersku sobie poczynali, więc i byli względem siebie rycerscy.

I stała się rzecz niewytłumaczona - przynajmniej dla tych, którzy gromadzili się przy owych kręconych schodach na dole i z najwyższym zajęciem słuchali hałasów, dochodzących z góry. Oto nagle zbiegł stamtąd czerwony, spotniały Anglik bez czapki, z odpiętymi naramiennikami, podobnymi przez to do podrygujących skrzydełek. Upadł przed gapiami na kolana, porwał się
z klęczek; na pytanie, co jest, machnął beznadziejnie ręką i uciekł na ulicę. Za nim - drugi, trzeci, czwarty, aż do ostatniego. Niektórzy zjeżdżali głową na dół, piersią po schodach, a ich łokcie i kolana, zaczepiając się po kolei o 47 deszczułkowych stopni, wybębniały na nich jakby długą gamę, składającą się
z jednostajnego trylu. Inni podróżowali siedząc; ci mieli zapewne złudzenie, iż zażywają jazdy w jakimś Luna Parku po „diabelskiej” drabinie kołującej. Wyraz oblicza wojowników staczających się bez żadnej przerwy, jeden po drugim, był dostatecznie ogłupiały, a czasem do takiego stopnia wprost głupi, iż zebrani koło schodów każdego witali szalonym wybuchem śmiechu. Ostatni zsunął się rudy Dżek, a raczej zleciał, koziołkując przez miedzianowłosą głowę, z paszczą rozwartą na podobieństwo ryby, wyrzuconej na brzeg. A skoro znalazł się na dole - jednym susem wyskoczył na ulicę. Bo też i nie miał czasu do stracenia. Deptali mu po piętach zbrojni nogami od stołków Maciuś ze Śmigłą i pięciu niebieskich Francuzów, wszyscy w natchnionym rozwichrzeniu głów,
w wiatrakowym rozlataniu rąk, zlani potem, ochrypli, ale ryczący głosem strasznym: „Naprzód!” i „En avant!”. I wytoczyli się na ulicę, jak burza,
w pościgu za uciekającymi.

Tam Anglicy już na nich czekali. Jedni formowali tyralierę. Rozważniejsi zbroili się, łamiąc gwałtownie pobliskie sztachety, gdyż przekonali się na własnej obitej skórze, jak decydującym czynnikiem w wojnie jest przede wszystkim techniczna jej strona: broń lepsza lub gorsza od broni nieprzyjaciela. Hałaburda swoją armię również uszykował do boju i chciano się już prać
w dalszym ciągu.

Jaki by to wszystko miało koniec, trudno odgadnąć - homerowska nawet wyobraźnia powiedziałaby: pas - gdyby znowu nie coś zupełnie nieprzewidzianego.

Oto w zaśnieżonej po okna domów ulicy zaczerniał patrol, złożony z mniej więcej dwudziestu ludzi ubranych po marynarsku, uzbrojonych w karabinki bez bagnetów. Podeszli bliżej i przywódca ich zawołał:

- Ej tam, smirrrnaaa! Katoryje tut palaki - wychadi!...

Był to patrolujący miasto oddział marynarzy moskiewskich, którzy, zdradziwszy ogłodzonych bolszewików, wysługiwali się nowopowstałemu Rządowi Rosji Północnej za angielski żołd i nieodzowny „jam”. Gospodarz knajpy doniósł im o awanturze, a że komendant patrolu miał z Hałaburdą o tę samą Anisję porachunki, więc przymaszerowali pośpiesznie.

„Palaki” nie mieli wygodnej racji przyznawać się do obecności; wskutek tego marynarz zawołał ponownie:

- Katoryj tut Gałaburda? Skazano tiebie - wychadi. Isz ty jewo - złowriednyj lach...

W pewnej chwili zdało mu się, że „złowriednyj lach” jest tuż koło niego. Pomyłki winien był pewien Anglik, z tęgiej figury i sposobu noszenia się podobny do Maciusia. Mundur na obu jednakowy czynił po nocy podobieństwo w pierwszej chwili nie do odróżnienia. Uradowany Moskal chwycił ofiarę swej pomyłki za kołnierz i, by dokładniej przekonać się o tożsamości osoby, pociągnął ją, pomimo oporu, pod gazową latarnię.

Jak się rzekło wyżej, Hałaburda był to w myśleniu chłop lotny. W lot więc rozważył nową sytuację i zrozumiał jedno: wobec obrazy Anglika, należy wplątać wszystkich do bójki z Moskalami. Jak się dobrze uda, to za jednym zamachem da się nauczkę i Moskalom, a „jak będzie z tego guzik (myślał Maciuś) no... to się przezpiecznie da nura, a durnie niech sobie potem łby porozwalają”. I w nagłym natchnieniu rzucił się naprzód (zbytnio się jednak nie zapałaszowując) i krzyknął głosem okropnym:

- England forward!!!

Aż się przeraził skutku, jaki tym wywołał. Anglicy, powtórzywszy okrzyk, zwartą masą wpadli na patrol, jak jeden mąż. Francuzi, z właściwą sobie rozwagą nie ufając swej dotychczasowej broni, wyłamali dla pewności po sztachecie i ruszyli również. Zaś Halaburda (który nagle zmienił pierwotny zamiar wycofania się cichaczem) objął nad całą koalicją dowództwo naczelne. „Fosz sobie, a ja sobie” - przewinęło się mu przez myśl.

Prócz Polaków nikt nie zrozumiał, czego żąda komendant patrolu. Widziano tylko fakt: Moskal chwycił za kark żołnierza Wielkiej Brytanii! Odważył się na coś tak potwornie zuchwałego. Wprawdzie i on był sojusznikiem, ale właściwie to nie bardzo go odróżniano od bolszewika, przeciw któremu wespół z nimi, Anglikami, walczył. Dla nich bowiem każdy Moskal należał do innej, jak gdyby nie białej rasy. I zadraśnięta do żywego ambicja zdobywców świata, ludzi wielkiej białej rasy, pogodziła ich z niedawnym wrogiem i wszystkich razem popchnęła żywiołowo przeciw wspólnemu niebezpieczeństwu, grożącemu od rasy niższej.

I zanim Moskale, którzy bynajmniej nie chcieli zwady z nikim innym, tylko
z Polakami, zdążyli połapać się, co zaszło, byli już złomotani po łbach „na fest” (jak opowiadał potem Śmigło). Napad był o tyleż furiacki, o ile niespodziewany. Tego było za wiele dla dzielnych niegdyś pionierów rewolucji i poszli
w bezwładną rozsypkę, dodając sil do ucieczki starym jak Matuszka-Rosja, a
w chwili niebezpiecznej wprost niezastąpionym hasłem: „Bratcy, spasajś, kto możet!”.

Po chwili zostali na ulicy jedynie zwycięzcy oraz dwie czarne figury, pośród porozrzucanych karabinów skulone na śniegu i nieco farbujące krwią jego dziewiczą białość. Zostawieni na placu walki skowyczeli z bólu, wydając od czasu do czasu krzyk przeciągły jak wycie:

- Towariszczi, pomogiiitie!

Zwycięzcy dobrze sobie sprawy nie zdawali, co się stało i jak. Wiedzieli tylko, że byli narażeni na niesłychaną uzurpację nietykalności i honoru od tubylców kraju przez się podbitego. I z tej opresji uratował ich ów szalony „Polish”, dla którego teraz mieli za to wdzięczność i podziw oraz podświadomy szacunek, płynący stąd, że i ich samych przedtem tak dzielnie ogrzmocił.

Naradzili się z sobą i po naradzie rudy Dżek podszedł do Hałaburdy, zasalutował, jak się patrzy, i, uprzejmie wskazawszy na drzwi knajpy, rzekł po niemiecku:

- Bruderschaft!

Halaburda, jako człek polityczny, nie od razu zechciał zrozumieć, o co chodzi. Dopiero, gdy kamraci Dżeka otoczyli tych dwóch i, popychając ich ku sobie, chórem poczęli wołać: „Bruderschaft” - odsalutował z godnością i rzucił Śmigle:

- Chodź i ty, bracie. Widzi mi się, że będzie tera okruteczna wstawa i to na ich rachunek.

Triumfalnie poprowadzono pod ręce obu pogodzonych rywali na znane już nam pięterko. Tu rozegrała się scena romantyczna. Anisja, widząc obu swych pretendentów mniej więcej całych i już pogodzonych, rzuciła się z piskiem najpierw na szyję Hałaburdzie, a potem chciała zawisnąć i na Dżeku. Ale ten, nową przyjaźnią wyleczony ze starej miłości, zagrodził się dłonią od dziewczyny, jak przedtem od szklanki z piwem, i rzekł dobitnie:

- No.

Potem zsunięto kilka stołów, aby utworzyć jeden duży stół, i pogodzona koalicja w świetnym humorze zasiadła, żeby sprawę, oblaną krwią, oblać spirytusem.

Przy pierwszym kieliszku zmuszono Dżeka i Maciusia do kilkakrotnego ucałowania się, po którym nasz bohater, niegdyś krechowiecki ułan, nieznacznie otarł się rękawem i powiedział Śmigle:

- Niech go nie znam. Oślinił mię, jakbym swoją nieboszczkę kobyłę całował.

Przy którejś kolejce Dżek powstał z kieliszkiem w ręku i wygłosił do Hałaburdy po angielsku długą przemowę, którą w pauzach, niekrótkich i bardzo częstych, towarzystwo aprobowało jednogłośnym: „O yes!”. Halaburda, świadomy obyczajów wielkiego świata, słuchał gadaniny stojąc, a w momencie uroczystego podniesienia głosu kiwał głową potakująco i ze zrozumieniem, po skończonej zaś oracji rzekł:

- Aj not kombinejszen.

Krasomówca pomyślał dobrze, jak tu wyklarować rzecz lepiej, naradził się
z kolegami, w końcu wzniósł ręce uroczyście, jak pastor, i objaśnił:

- Polish dobra!

Po czym w wielkim zadowoleniu pożegnali się i rozeszli szybciej, niż się im zdawało, bali się bowiem, że zajście z patrolem moskiewskim ściągnie do knajpy inne jakieś, wyższej rasy wojsko, które trzeba będzie uszanować, gdyż - wobec ważności misji - może nim dowodzić oficer.

Maciuś ze Śmigłą szli do koszar w milczeniu, pełni wrażeń. Północne czarne niebo ziało przepaścistością i przejmującym do szpiku kości chłodem. Gwiazdy wyiskrzyły się od pierwszej do ostatniej, mrugając i lśniąc wskutek mrozu najbardziej nieoczekiwanymi barwami. Na czarnym niebie wyglądały one jak bisior, rozsypany garściami po żałobnym aksamicie. Z północnego horyzontu wstawała fosforyczna, chwiejąca się luna: zapowiedź zorzy borealnej. Miasto już spało. I tym donośniej pod stopami żołnierzy skrzypiał śnieg, suchy i zbity jak krochmal. A śniegu tego wszędzie było istne zatrzęsienie: pieniły się nim wszystkie dachy, z których krawędzi zwisał płachtami jakby piany skamieniałej, okapturzał latarnie i słupki przy chodnikach, i nawarstwiony na gałęziach drzew, wyglądał jak pasma najbielszej waty. Gdy się na to patrzyło, wydawało się, że nigdzie nie ma lata, nie ma zieleni, a cała ziemia od bieguna do bieguna jest białą pustynią i zaśnieżonym powyżej okien miastem.

Patrzyli na tę wspaniałą zimę polarną Hałaburda ze Śmigłą i ździebko się
w sobie rozmarzyli.

Rozmarzenie zmącił Maciuś:

- Te, Śmigło... coś się tak zafrasował? Nie bój się, koza nas nie ominie. Jutro, brachu, do karnego raportu... Obaczysz.

A po chwili dodał:

- Ale pokazaliśmy światu, co jest wart Polak, to pokazali!

- Ja nie o tym - odrzekł Śmigło - Ino tak miarkuje se, miarkuje
i wymiarkować nie mogę: niby on i janglik; fabrykuje toto dżem i wiskę; jeździ po wszystkich morzach i nie zabłądzi; water-klojzet, psiojucha, wymyślił -
a nijakiego nima ambitu... Kiejby mnie kto gębę tak sproł, jak ty jemu, do skonaniabym takiemu popamiętał. A on: polisz dobra... Aż dziw!

- E, wiadomo: Europejczyki heretyckie. Ale czasami to i poczciwy chłop między nimi się zdarzy. Ot ten...

- Hale! Nic poczciwego nam się tu nie zdarzy - narzekał dalej Śmigło
i wskazawszy na zorzę, szeregiem kolosalnych fal seledynowych zalewającą niebo, rzekł: - Ot, to licho, na przykład. Gdzie indziej jest jak u ludzi, a tu - Bóg wi co. Niby to ma świcie, ale ani świci, ani grzeje, ino psy na tę pierońską jasność wyją. Haj, haj, czas nam już do tej Polski, na Kujawy...

...




-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » wtorek, 4 paź 2016, 20:49

Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Obrazek


MacGregor o Marianie Miszalskim

3.10.2016 http://macgregor.neon24.pl/post/134095, ... e-w-polsce



Według Grzegorza Brauna, jednym z istotnych elementów zespołu roszczeniowo-urojeniowego polskiego inteligenta jest judeo-idealizm, z jego hura-optymistycznym: „jeszcze będzie w Polsce git, z polską szlachtą polski Żyd”.


W polskiej wyobraźni pokutuje mickiewiczowski obraz Jankiela ( „Mówiąc ciągle szlochał, Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!” ), uzupełniany zupełnymi wyjątkami, takimi jak Berek Joselewicz i jego syn, czy rzeczywiście zafascynowany Polską Michał Landy ( zastrzelony w Warszawie podczas patriotycznej manifestacji 1861 ).

Tyle tylko, że patrzenie na relacje polsko-żydowskie przez pryzmat tych osób ( z czego jedna na cztery czyli 25% to fikcja literacka, a nawet i ona wymagałaby dekonstrukcji historycznej „podrabinka w Nowogródku” ) jest jak ograniczanie stosunków polsko-niemieckich w latach 1939-1945 do wzruszającej i pełnej heroizmu postawy służącego w Wehrmachcie austriackiego żołnierza Otto Schimka, rozstrzelanego za odmowę wykonania wyroku śmierci na polskich cywilach.

Jedynym sposobem na zastąpienie judeo-idealizmu judeo-realizmem jest poznanie prawdy, a nie jest to wcale takie łatwe w świecie, w którym zwykła spostrzegawczość bywa mylona z antysemityzmem.

Dlatego też tym większe wyrazy uznania należą się panu Marianowi Miszalskiemu ( www.marianmiszalski.pl ) za jego najnowszą książkę-niezbędnik pt. „Żydowskie lobby polityczne w Polsce”.

Muszę ostrzec, że mimo ścisłości i udokumentowania wykładu książkę czyta się jednym tchem i ani się zorientowałem, jak dwa wieczory zostały stracone dla życia towarzyskiego i tyleż przyjemnych, co jałowych „rozmów o starych Polakach”, a w trakcie lektury nawet taki stary antysemitnik jak ja ( świadomy roli Żydów w wykolejeniu dziejów pierwszej Rzeczpospolitej, m.in. przez niedopuszczenie do rozwoju polskiego mieszczaństwa ) co jakiś czas musiał przecierać oczy ze zdumienia ( zrywanie sejmów, szczególnie w pierwszej połowie XVIII wieku za pieniądze i w interesie Żydów ).

Książka obfituje w smakowite przykłady z historii ( np. niejaki Marek Czosnek [ sic! ], który w XVI wieku pobierał od krakowskiego kahału comiesięczną pensję za donoszenie, co o Żydach mówią na mieście – iluż to dziś takich Marków Czosnków zarabia na życie delatorstwem, tyle że pieniądze pobiera już nie od krakowskiego kahału, a z Fundacji Batorego; albo inny przykład, z roku 1905, kiedy to żydowscy towarzysze z PPS-u mieli za złe Piłsudskiemu podjęcie tematu niepodległości Polski; podczas jego przemówienia jedna z żydowskich towarzyszek puściła wśród słuchaczy karteczkę ze słowami: ”tego pana nie oklaskujemy” – czyż to nie prefiguracja Adama Michnika i metod jego żydowskiej gazety dla Polaków? ).

Autor prowadzi nas od przez tysiącletnie dzieje od „kupca” ( czytaj: handlarza niewolników ) z Kordoby, Abrahama, syna Jakuba, sprowadzanych przez piastowskich książąt z Zachodu „ekspertów-finansistów” ( polityka inflacyjna Mieszka Starego, łupiącego poddanych na spółkę ze „sługami skarbca książęcego” ), wypaczająca ustrój państwa „łaska pańska” króla Kazimierza, Wielkiego Parcelatora ( wg określenia Cat-a Mackiewicza ), państwo w państwie czyli przekazanie władzy absolutnej nad Żydami kahałom.

Tu warto się zatrzymać na chwilę. W związku ze zwolnieniem Żydów ze służby wojskowej ( rzekomo niezgodnej z judaizmem – do dzisiaj co Żydom niewygodne, to z judaizmem jest niezgodne, patrz choćby sprawa ekshumacji w Jedwabnem ) zobowiązani byli oni płacić pogłówne, tyle, że obliczaniem i ściąganiem pogłównego zajmowały się same kahały, które owszem, ściągały podatki od każdego łupiąc do gołej skóry, ale nigdy nie wypłacały więcej niż połowę należnych skarbu państwa należności, resztę po prostu kradnąc dla siebie i wykorzystując je do tworzenia parabanków.

Tu leżało źródło olbrzymich majątków elity kahalnej ( a nie w rzekomej smykałce ) i jednoczesnego ubóstwa reszty. Ażeby temu zaradzić, król Batory powołuje tzw. Wa’ad ( Sejm Czterech Ziem ) czyli czapę mającą za zadanie zdyscyplinować ściąganie podatku. Początkowo Żydzi byli temu przeciwni, dopóki nie uświadomili sobie, iż tym sposobem zyskują narzędzie dostępu do dworu królewskiego. Wa’ad rzecz jasna nie spełnił swojego zadania i został rozwiązany na sejmie konwokacyjnym w 1764.

Marian Miszalski zwraca uwagę na charakterystyczną rozbieżność: w drugiej połowie XVIII wieku Rzeczpospolitą zamieszkiwało ( w oparciu o dane Wa’adu ) poniżej 700 tys. Żydów, zaś 30 lat później, na ziemiach zabranych przez poszczególnych zaborców było ich w sumie dwa miliony. Jak widać nie mniej niż połowę należnego pogłównego kradły elity żydowskiego państwa w państwie.

Myślę zatem, że rozsądne byłoby dziś wystąpienie do Światowego Kongresu Żydów o odszkodowanie za zaległe podatki w kwocie minimum 60 mrd USD.

Przeskakując nieco: autor zwraca uwagę na stosunkową słabość lobby żydowskiego w Polsce odrodzonej – mimo, że Żydów liczebnie było bardzo dużo, byli politycznie rozproszeni i w swej masie stosunkowo biedni ( pozostałość po ucisku fiskalnym kahałów ), ale co najważniejsze, Druga Rzeczpospolita była państwem w pełni suwerennym [?? Hi, hi... md] i ani rząd amerykański ani niemiecki nie miał żadnego przełożenia na decyzje rządu polskiego. Dziś, na skutek dziedzictwa s.p. Lecha Kaczyńskiego, a więc przede wszystkim podpisanego Traktatu Lizbońskiego oraz polityki opartej na serwilizmie wobec USA, jesteśmy zdecydowanie mniej suwerenni niż królestwo kongresowe ( kolejny listopad za pasem, a jakoś nikt nie kwapi się z powstaniem ).

Złote żniwa dla lobby żydowskiego w Polsce to lata stalinizmu, czyli 1945-1956. I znów autor książki zwraca uwagę na fakt, że Żydzi, przyzwyczajeni do posiadania państwa w państwie, obok PPR tworzą PPR Frakcja, złożoną z Żydów i szabesgojów i dopiero powstanie z rozkazu Stalina jednolitej PZPR (1948) kładzie kres oddzielnej komunistycznej partii żydowskiej ( Stalin słusznie wnioskuje, że wcale nie musi aż tak odpłacać się Żydom za pacyfikowanie narodu polskiego, skoro i tak zrobią to w podskokach ).

Po 1956 roku, skutkiem wydarzeń w Związku Radzieckim dochodzi do przesilenia w PZPR i stalinowcy ( lobby żydowskie ) obawiając się odpowiedzialności za swoje zbrodnie dokonuje ucieczki do przodu, przepoczwarzając się we frakcję rzekomo reformatorsko-liberalną ( tzw. puławianie czyli „Żydy”,w odróżnieniu od natolińczyków czyli „chamów” ).

Pozwolę sobie przeskoczyć do roku 1983, w którym gen. Jaruzelski ostentacyjnie odznacza stalinowskiego zbrodniarza, Jakuba Bermana, medalem pamiątkowym KRN. Jest to odczytane jako propozycja wobec lobby żydowskiego wspólnego spacyfikowania narodu polskiego i gwarancji bezpieczeństwa w przyszłości. Oferta zostaje podjęta, zaś ustalenia nie tyle przygotowanej dla gawiedzi pokazuchy w postaci Okrągłego Stołu, co raczej tajnych obrad w Magdalence to wynik historycznego porozumienia Chamów z Żydami, czyli wojskowej bezpieki z tzw. opozycją demokratyczną, wyjałowioną z jakiejkolwiek „ekstremy” [ uwaga własna: jednym z uczestników obrad w Magdalence był ś.p. Lech Kaczyński, który do swojej tragicznej śmierci był wyjątkowo powolnym narzędziem w rękach lobby żydowskiego – chciałbym wierzyć, że kierowały nim zbożne intencje, ale w takim razie jego naiwność dyskwalifikowałaby go jako polityka ].

W niniejszej recenzji ledwo dotknąłem tematów poruszanych w wyjątkowej książce Mariana Miszalskiego i uważam, że powinna ona znajdować się w domowej biblioteczce każdego, komu dobro Ojczyzny leży na sercu i kto jednocześnie chce zrozumieć to, co się wokół nas dzieje [ wiem, że czasami prawicowi wydawcy przycinają na cenie, ale tu akurat warto odżałować 35,-PLN ].

Na zakończenie przytoczę końcowe słowa autora:

„Dzisiejsze żydowskie lobby polityczne w Polsce czerpie więc swoją siłę w głównej mierze z niesuwerenności III Rzeczpospolitej i z siły lobby żydowskiego w Ameryce. Powiedziałbym nawet, że w mierze przeważającej. Ale swoją rolę odgrywa tez serwilistyczna mentalność spodstolnych elit politycznych III RP. ( ... )

Często sila obcych bierze się z własnych słabości. I często fałszywe mniemanie o cudzej potędze wynika z fałszywego mniemania o własnej bezsilności”.

Nic dodać, nic ująć.

-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » sobota, 29 paź 2016, 19:08

Obrazek



Przez cały okres PRL-u książka „Na probostwie w Wyszkowie” Stefana Żeromskiego była objęta cenzurą, nie weszła nawet w skład ówczesnej edycji dzieł zbiorowych pisarza.



Obrazek



***
Na odgłos strzałów, rozlegających się za Bugiem, dr Julian Marchlewski, jego kolega Feliks Dzierżyński, pomazany od stóp do głów krwią ludzką, i szanowny weteran socjalizmu Feliks Kohn – dali drapaka z Wyszkowa. Pozostał po nich tylko wielki swąd spalonej benzyny, trochę cukru, oraz wspomnienie dyskursów, prowadzonych przy stole i pod jabłoniami cienistego sadu. Przed wyjazdem dr Julian Marchlewski powtarzał raz wraz melancholijnie:

Miałeś, chłopie, złoty róg,
Miałeś, chłopie, czapkę z piór,
Został ci się ino sznur…

Jak w wielu innych rzeczach, tak i tutaj, niedoszły władca mylił się zasadniczo. Złotego rogu Polski wcale w ręku nie trzymał. Czapka krakowska również mu nie przystoi. Jeżeli jaki strój, to już chyba okrągła, aksamitna czapeczka moskiewska, obstawiona wokoło pawimi piórami prędzej mu będzie pasowała. Tę już do końca życia nosić mu wypadnie. Nawet do biednego sznura od polskiego złotego rogu nie ma prawa ten najeźdźca. Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła. Złoty róg Polski trzyma w ręku z przepotężnej swej siły młode narodu pokolenie. I zadmie weń lada dzień, lada godzina pobudkę nową, nową pieśń życia, od której rozradują się kości pradziadów, dziadów i ojców, rozraduje się młoda krew, co za tej burzy sierpniowej spłynęła z ran w biedną polską ziemię.

Stefan Żeromski





http://www.ligatur.se/shop/free/zeromsk ... ostwie.pdf


-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » wtorek, 1 lis 2016, 20:44

„- Nigdzie nie jedziemy. Polska tu wróci.-

Więc zostaliśmy. A Polska nie wróciła”. Zaczął się koszmar…




Obrazek


Postawili mnie przed sądem. Siedziałam w otoczeniu milicjantów i słuchałam wyroku. Kiedy to było? Niedawno. W roku 2013. Rozprawa odbyła się w Szczuczynie. Białoruskie władze nałożyły na mnie wysoką grzywnę ‒ równowartość mojej emerytury. Za co? Za kultywowanie pamięci o moich poległych towarzyszach. O żołnierzach kresowych oddziałów Armii Krajowej, którzy zginęli w walce z sowieckim najeźdźcą.

Formalnie postawiono mi zarzut zorganizowania nielegalnego zgromadzenia. Odbyło się ono we wsi Raczkowszczyzna. W miejscu, gdzie w 1949 roku poległ podporucznik Anatol Radziwonik „Olech”, dowódca jednego z ostatnich oddziałów Żołnierzy Wyklętych. Postawiliśmy tam krzyż, zorganizowaliśmy mszę polową. Pojawiło się dużo polskiej młodzieży, przyjechał nawet konsul. Doprowadziło to do wściekłości białoruskie władze. Dla nich my, akowcy, nadal jesteśmy „bandytami” i „faszystami”.

Organizacja, której jestem prezesem ‒ Związek Żołnierzy Armii Krajowej na Białorusi ‒ cały czas boryka się z problemami ze strony reżimu. Krzyż, który postawiliśmy, został spiłowany przez „nieznanych sprawców” i gdzieś wywieziony.

Jeżeli jednak władze myślą, że mnie zastraszą, to się grubo mylą. Nie złamały mnie katownie NKWD i łagry na Workucie. Nie uda się więc to również im. Dopóki będę żyła, będę stawiała krzyże upamiętniające poległych Polaków.



Obrazek



Synagoga, kościół i cerkiew

Urodziłam się we wsi Pacewicze w powiecie wołkowyskim. Wtedy była to część II Rzeczpospolitej. Nasza, licząca około dwieście domów, wieś była mieszana. Większość mieszkańców stanowili Białorusini, ponadto dwadzieścia cztery polskie rodziny. I jedna żydowska.

Jak układały się nasze relacje z sąsiadami? Bardzo dobrze. Obie społeczności okazywały sobie szacunek. Kiedy wypadały prawosławne święta, nie robiliśmy prania ani innych prac domowych, żeby nie urazić Białorusinów. Oni postępowali tak samo w święta katolickie.
(…)
Ojciec mój, Józef Oleszkiewicz, był inżynierem, budował drogi i mosty. Mieliśmy mały, ładny domek, tata prowadził w nim swoją kancelarię. We współpracy z miejscowymi gospodarzami położył bruk na naszej wiejskiej drodze. Była to duma całej wsi.
Proponowali nam, żebyśmy przenieśli się do miasta, ale ojciec ‒ mimo że warunki pracy byłyby tam lepsze ‒ odrzucił tę ofertę. Tak jak my wszyscy, był fanatycznie przywiązany do naszej ziemi. To była dla nas świętość.

W domu było nas troje: Irena, Antoni i ja, najmłodsza. Mama, Stanisława, nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem. W naszej przedwojennej szkole narodowość nie miała znaczenia. Polak czy Białorusin ‒ wszyscy byli traktowani jednakowo.

Synagoga, kościół i cerkiew stały blisko siebie. Wspomniałam już o tej rodzinie żydowskiej, która mieszkała w Pacewiczach. Ich dom znajdował się naprzeciwko naszego, po drugiej stronie drogi. Kiedy przychodził szabas, szliśmy z rodzeństwem przed ich dom i z ciekawością przyglądaliśmy się żydowskim rytuałom. Modlili się, nakręcając na ręce skórzane pasy. W szabas ‒ zgodnie z nakazem ich religii ‒ nie robili nic, nawet nie palili w piecu. Stosunek do tej rodziny był życzliwy.

W Wołkowysku mieszkała krawcowa Ilda, Żydówka. Ależ ona pięknie szyła! Kiedy Niemcy zaczęli wywozić Żydów, ludzie ze wsi proponowali, że ją ukryją. Nie zgodziła się. Z getta już nie wyszła. Ani ona, ani jej mąż, Muszwa, ani ich siedmioro dzieci. Wszyscy zostali zgładzeni.

Kula dla „polskiego pana”

Przyszedł nieszczęsny wrzesień 1939 roku. Najpierw na Polskę napadli Niemcy, a zaraz potem spadł kolejny cios: wkroczyli bolszewicy! Na Kresach rozegrały się wówczas dramatyczne, rozdzierające sceny.
(…)
Dwa dni po rozpoczęciu okupacji sowieckiej do naszego domu przyszedł znany miejscowy komunista. Na rękawie miał czerwoną opaskę. Przyszedł po to, żeby… zabić ojca. Na moich oczach rozegrała się przerażająca scena. Wszedł z załadowanym, gotowym do strzału karabinem. Ojciec akurat wychodził z kancelarii. Komunista podniósł broń i wycelował w tatę. Ojciec zamarł. Stali tak naprzeciwko siebie dobrą chwilę. Tata patrzył w czarny wylot lufy, a ten człowiek miał palec na spuście. W końcu ojciec wydusił z siebie:
‒ Za co?
A on mu odpowiedział, że za to, że on polski „pan”.

Zaczęłyśmy strasznie płakać, byłyśmy przerażone. Największą przytomnością umysłu wykazała się moja siostra Irena. W ostatnim momencie doskoczyła do tego komunisty, podbiła mu karabin i kula zamiast w tatę poszła w sufit. Ojciec skorzystał z zamieszania i uciekł. Schronił się w chlewie u sąsiada ‒ prawosławnego Białorusina. Komunista chodził wściekły po całej wsi i go szukał. Na szczęście nie znalazł.
(…)
W czerwcu 1941 roku rozpoczęła się wojna z Niemcami. Komuniści wpadli w panikę i uciekli w popłochu, a okupacja sowiecka zmieniła się w niemiecką. Rozpoczął się nowy rozdział naszego życia.

Pseudonim „Różyczka”


Pamiętam, jak przyjechali do nas żołnierze Wehrmachtu na ryczących motorach. Na pierwszy rzut oka wyglądali lepiej niż Sowieci. Mieli inteligentniejsze twarze, czystsze mundury. Szybko jednak przekonaliśmy się, że byli siebie warci. Najważniejsze było jednak to, że tata mógł wreszcie wrócić do domu.

We wsi był pewien młody chłopak, który zaciągnął się do stworzonej przez Niemców policji. To był nasz, Polak. Zakochał się po uszy w mojej siostrze, ale ona nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Dała mu kosza. Wtedy on ze złości zapisał ją na roboty do Niemiec. Przyszli po Irenę do domu i zabrali ją do Wołkowyska. Tam udało jej się jakoś uciec i wróciła do Pacewicz. Od tamtej pory musiała się jednak ukrywać.

Mój brat Antoni działał w konspiracji. Bardzo mu zazdrościłam, rwałam się do działania. Czasami powierzał mi jakieś drobne zadania, pozwalał, żebym mu pomagała ‒ przenosiła meldunki i jakieś paczki. Nie zgadzał się jednak na formalne wstąpienie przeze mnie do Armii Krajowej. Mówił, że jestem za mała, że nie wytrzymam, nie podołam. Tak długo jednak go prosiłam i namawiałam, że w końcu ustąpił. To był rok 1944, miałam trzynaście lat. Kazał mi przyjechać w umówione miejsce do lasu, miałam tam zostać zaprzysiężona. Na miejscu był już mój brat, Antoni Oleszkiewicz „Iwan”, lokalny komendant Bronisław Chwieduk „Cietrzew” oraz kapelan Antoni Bańkowski „Eliasz”. Byłam bardzo przejęta. Tosiek, czyli mój brat, nagle zmienił jednak zdanie. Powiedział, że to za wcześnie, że może za rok mnie przyjmie. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież już mi obiecał! W jednej sekundzie zalałam się łzami. Wtedy ksiądz kapelan zaczął przekonywać Antoniego.

‒ No, pozwólcie jej. Ona już przecież długo z nami współpracuje. Dużo wie, zna tę robotę. Po co zwlekać? ‒ mówił.

Antoni znowu musiał zmienić zdanie. Komendant wtedy zapytał, jaki bym chciała przyjąć pseudonim. Z tego wszystkiego nie pomyślałam o pseudonimie! Stałam jak oniemiała, próbując coś wymyślić, zanim znowu nie zmienią zdania. Wtedy ksiądz powiedział:

‒ Zobaczcie, jaka ona śliczna, jak różyczka. Niech będzie „Różyczką”.
Taki mi właśnie nadali pseudonim. Stałam się członkiem Armii Krajowej.

A w międzyczasie znowu zmieniła się okupacja. Niemcy odeszli, na ich miejsce wrócili bolszewicy. Nasze okolice zostały wydarte Polsce i włączone do Związku Sowieckiego. Rozpoczęła się epopeja Żołnierzy Wyklętych. Byłam jednym z nich.




Polska tu wróci


Na naszych oczach rozgrywał się wielki dramat. 19 stycznia 1945 roku Armia Krajowa została rozwiązana. Komendant naszego okręgu Władysław Liniarski „Mścisław” zniósł przysięgę i rozpuścił wojsko do domów.

Nie mogliśmy się z tym pogodzić. Polska przecież nie odzyskała wolności, nasza walka zatem nie dobiegła końca. W 1945 roku złożyliśmy powtórną przysięgę, teraz już w Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość”.

Zadania dostawałam różne. Przenosiłam meldunki, zbierałam informacje na temat rozmieszczenia oddziałów Armii Czerwonej i NKWD. Gdy Sowieci urządzali obławę, razem z innymi łączniczkami nosiłam im zaopatrzenie do leśnych bunkrów. Byłam niepozorna, zwinna i niesamowicie zaangażowana w służbę.

Większość ludzi była jednak zmęczona trwającą od sześciu lat wojną. W naszych okolicach zginęło tylu Polaków… Nie było domu, w którym kogoś by nie opłakiwano. Modlono się, żeby ten koszmar się wreszcie skończył. Nikt, w najgorszych snach, nie przypuszczał jednak, że przegramy. Że zostaniemy potraktowani tak okrutnie.
Zakończenie wojny było dla Polaków szokiem. Wielu straciło ducha. Kiedy okazało się, że znaleźliśmy się w Związku Sowieckim, dużo osób postanowiło porzucić domy i wyjechać do komunistycznej Polski. Moja rodzina również. Mieliśmy już przygotowane dokumenty na tę podróż, byliśmy spakowani. Planowaliśmy dołączyć do sióstr ojca, które były już po tamtej stronie.

Ojciec nagle gdzieś jednak wyjechał. Wrócił dopiero po kilku dniach. Przestąpił próg, spojrzał na nas i powiedział:
‒ Nigdzie nie jedziemy. Polska tu wróci.
Więc zostaliśmy. A Polska nie wróciła.

Długo żyliśmy jednak tą nadzieją. Gdyby nie ona, nikt by nie służył w podziemiu, nikt nie szedłby na śmierć. A przecież walczyliśmy dalej. Mało kto wie, że po 1945 roku za linią Curzona jeszcze przez kilka lat biły się polskie oddziały partyzanckie.

Kresowiacy nie chcieli pogodzić się z zaborem ich ziemi, nie chcieli zgodzić się na stworzenie kołchozów. Młodzież chciała się bić.

Sytuacja stawała się jednak coraz trudniejsza. Ziemie nasze „oczyszczano” z Polaków, bezpieka była coraz groźniejsza, zaciskała się wokół nas pętla. Obławy, areszty, śmierć. Znam takie rodziny, które miały po pięcioro dzieci i wszystkie służyły w naszych leśnych oddziałach. I wszystkie zginęły…

Nie tak to sobie wyobrażaliśmy! Pamiętam rozmowy, jakie toczyliśmy jeszcze podczas wojny. Mówiliśmy o naszych planach, o tym, co będziemy robić, kiedy skończy się wojna, kiedy Polska odzyska niepodległość. Jedni mówili, że pójdą się uczyć, drudzy, że zostaną i będą uprawiać ziemię. Oczywiście żaden z tych planów nie został zrealizowany. Nasze pokolenie było stracone.


Po wojnie nadeszły ciężkie czasy. Ojca aresztowali z czterdzieści razy. Enkawudziści przychodzili zawsze nocą. Bili kolbami w okna i drzwi. Wrzeszczeli. A my trzęśliśmy się ze strachu. Każdej nocy, zasypiając, obawialiśmy się, że się pojawią.

Bolszewikom nie podobało się to, że ojciec pod okupacją niemiecką pracował w swoim zawodzie. Czyli budował drogi. Stąd te aresztowania. Za każdym razem jednak go wypuszczano, ktoś się musiał za nim wstawiać ‒ był w końcu świetnym fachowcem. Niestety, szczęście się od niego odwróciło. Po kolejnym aresztowaniu nie wrócił.
Ojca skazano na dziesięć lat. Daleko go nie wysyłali, siedział w więzieniu w Wołkowysku. Dwa razy go odwiedzałam. Enkawudziści powiedzieli mi tam, że ojca mogą wypuścić na wolność. Ale pod warunkiem, że mój brat wyjdzie z lasu. Ujawni się, zaprzestanie walczyć. Gdy powtórzyłam to Antoniemu, żachnął się:
‒ Czyś ty zwariowała? Złożyłem przysięgę i nigdy nie złożę broni. Nie porzucę swoich ludzi i nie zdradzę organizacji. Nigdy! Zresztą ‒ machnął ręką ‒ ojca i tak nie wypuszczą.

Rozumiałam go, bo przecież w podziemiu byliśmy wszyscy. Nawet mama pomagała. Potajemnie piekła chleb i prała bieliznę dla naszych chłopaków. Każdy Polak wspierał ich, jak mógł. Ryzyko było olbrzymie, bo bezpieka miała wszędzie swoje oczy i uszy.
W 1948 roku nasz komendant „Cietrzew” został aresztowany. Wpadł również kapelan. Wtedy na czele oddziału stanął Alfons Kopacz „Wróbel”. A mój brat został jego zastępcą. Nosił pseudonim „Iwan”. Walczyliśmy dalej.
(…)
Niedługo potem poznałam mojego Jasia. Był szalenie przystojny. Pochodził z zamożnej chłopskiej rodziny, bolszewicy takich jak oni nazywali kułakami. Mieli kawał lasu, czterdzieści hektarów ziemi. Na tamte czasy to był majątek. Byliśmy z jednej parafii.
(…)
Wkrótce zauważyłam, że jestem śledzona. Chodzili za mną wszędzie. Gdy pojechałam z meldunkiem, wsiedli nawet ze mną do pociągu. Musiałam uciekać. Schroniłam się w innej wiosce w powiecie wołkowyskim. Tam poczułam się bezpiecznie, przestałam się bać. I to mnie zgubiło.

Pojechałam w odwiedziny do siostry i wtedy dopadło mnie NKWD. Był 7 kwietnia 1951 roku. Wtrącili mnie do straszliwego więzienia w Grodnie. Moje dotychczasowe życie zostało raptownie przecięte, urwane. Rozpoczął się koszmar.

Bez przebaczenia

Bito mnie co noc. Gdy nocą zabierali mnie z celi, jakoś szłam o własnych siłach, nad ranem, z powrotem, ciągnęli mnie nieprzytomną po korytarzu. Na ogół zresztą po przesłuchaniach nie trafiałam do celi, tylko do betonowego karceru. To była niewielka klitka, miała może metr na metr. Biegały po niej szczury, a blaszany kubek był przytwierdzony łańcuchem do ściany. Wieczorem znowu zabierali mnie na te straszne przesłuchania. Pamiętam, że raz kazali mi klęczeć z rękami wyprostowanymi nad głową. A do każdej dłoni wsadzili mi po cegle. To była straszliwa tortura. Z ogromnego wyczerpania zemdlałam. Obudziły mnie potężne kopnięcia oficera śledczego. Pierwsze w bok, drugie w głowę. Innym razem oprawcy złamali mi dwa palce w drzwiach.
Chodziło im o Antoniego. „Gdzie jest twój brat? Gdzie jest twój brat? Gdzie jest twój brat?” − powtarzali to pytanie w kółko podczas bicia i katowania… Setki i tysiące razy. Nic im jednak nie mówiłam. W końcu urządzili mi konfrontację z pewnym młodym akowcem. Powiedział wszystko. Że mnie rozpoznaje, że byłam łączniczką komendanta… Nawet nie mam o to do niego wielkich pretensji. Zmaltretowali go w sposób nieludzki.
Po jednym z kopnięć w głowę pękła mi czaszka. Wgnieciona kość do dzisiaj uciska nerw. Wielokrotnie byłam z tym w szpitalu. Prześwietlali mnie, badali, niestety, lekarze są bezradni. Nic nie da się zrobić. Do dzisiaj co pewien czas mam ataki straszliwych bólów głowy. Kiedy to się zaczyna, krzyczę na cały dom.

Mówią mi często: „Trzeba wybaczyć”. A ja nie potrafię.
(…)
W sumie w więzieniu siedziałam pięć miesięcy. Pod koniec stałam się apatyczna, straciłam chęć do życia. Nie widziałam już sensu w tym, żeby dalej to znosić. Przestałam jeść bałande, czyli rzadką, paskudną więzienną zupę. Chciałam się zagłodzić na śmierć. Wtedy postawili mnie przed sądem. To była kpina. Trzech zbirów odczytało mi gotowy wyrok: jako „wróg ludu” zostałam skazana na dwadzieścia pięć lat łagru z artykułu 58. Ćwierć wieku. Po zakończeniu rozprawy podjęłam próbę samobójczą. Próbowałam powiesić się w celi na ręczniku.

W sądzie poprosiłam, żeby przysłali moją mamę do tego samego miejsca, gdzie ja będę. O dziwo, zrobili to. Ona podczas śledztwa wcale nie kryła się z tym, że pomagała partyzantom. Mówiła o tym otwarcie.

‒ Tam mój syn, tam dzieci, tam Polacy ‒ mówiła śledczym. ‒ Cóż więc dziwnego, że im nosiłam różne rzeczy.

W ten sposób również okazała się „zdrajcą sowieckiej ojczyzny” i „elementem kontrrewolucyjnym”. Kara mogła być tylko jedna ‒ obóz koncentracyjny na straszliwej, skutej lodem Workucie.

Tak rozpoczęła się nasza łagrowa tułaczka. Na stacji kolejowej w Grodnie, jeszcze przed załadowaniem nas do wagonów bydlęcych, spotkałam pewną polską staruszkę. Miała siedemdziesiąt pięć lat i była w naszym transporcie.

‒ Dzieci, a co to takiego ta polityka? ‒ dopytywała się zdezorientowana. ‒ Dostałam wyrok za to, że zajmuję się polityką. Ale ja nie wiem, o co chodzi. Przyszli chłopcy z mojej wioski, ci sami, którzy jako malcy bawili się z moimi synkami. Nakarmiłam ich, dałam chleba na drogę. Jaka to polityka?

Sowieci wlepili jej dwadzieścia pięć lat łagru za wspieranie „faszystowskiej organizacji podziemnej”. Nawet się z tego śmiała. Mówiła, że władze w ten sposób przedłużyły jej życie do stu lat. Tyle bowiem będzie miała, jak skończy jej się wyrok. Nawet nie dojechała do Workuty. Jej ciało wyrzucili w drodze z pędzącego pociągu.
(…)
Wkrótce przyjechała również moja mama. Wylądowałyśmy razem w łagrze numer cztery. Od razu zapędzono nas do katorżniczej pracy. Kopałyśmy kanał kilofami. Praca była nieprawdopodobnie ciężka. Brnęłyśmy po pas w śniegu, najpierw nasze ubrania były całkowicie przemoknięte, a po dwóch godzinach zamarzały na kość. Do tego ten straszliwy głód. Dzienna racja żywnościowa wynosiła zaledwie trzysta gramów chleba. Szybko zaczęłam chorować. Pewnego dnia dostałam ataku ślepej kiszki. Upadłam na ziemię, z której podniosło mnie dwóch strażników. Wzięli mnie pod pachy i zaczęli prowadzić do lazaretu. Znowu się jednak przewróciłam. Oni stanęli nade mną i jeden mówi do drugiego:
‒ Chyba zdechła.
A ja miałam dwadzieścia jeden lat! Chciałam żyć. Wycharczałam więc:
‒ Nie…
Wtedy mnie podnieśli i zaczęli prowadzić dalej.
(…)
Po tygodniu od powrotu do baraku przeniesiono mnie do innego łagru, tak zwanego specjalnego. Był to obóz o zaostrzonym rygorze, lepiej pilnowany. Rozdzielono mnie z mamą.

W łagrze specjalnym trzymali między innymi psychicznie chorych. Wielu ludzi w tym obozie zostało wykończonych. Pewnego dnia jedna z więźniarek powiedziała do mnie:
‒ Weronika, chodź do okna, zobacz, co się dzieje.

Podeszłam i to, co zobaczyłam, prześladuje mnie do dzisiaj. Do jednego z budynków podjechał ciężarowy samochód. Strażnicy zaczęli wrzucać do niego straszliwie wychudzone ludzkie ciała. Jedno na drugie, jak worki z kartoflami. Było ich mnóstwo. Nagle spostrzegłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Niektóre ręce i nogi drgały, ruszały się. Wiele tych osób nadal żyło! Jedna z nich wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi, pełnymi cierpienia i rozpaczy oczami. Nie było w nich nawet błagania o pomoc. Ten człowiek wiedział, że nic nie mogę zrobić, że jego los jest przesądzony.

Kim byli ci ludzie? Chorzy, wycieńczeni głodem i pracą więźniowie. Wymieszano ich z trupami i wywieziono w step. Tam umierali, zwaleni na kupę. Takie transporty opuszczały obóz bardzo często. Dopiero kiedy przychodziła odwilż i ziemia odmarzała, władze obozowe kazały wykopywać wielkie doły i wrzucano tam te wszystkie ciała.
Gdyby Bóg zechciał wskrzesić wszystkich więźniów łagrów, to w całej Rosji podniosłaby się ziemia.

Jestem już w takim wieku, że miewam problemy z zaśnięciem. W takie bezsenne noce wraca do mnie ten obraz. Ta ruszająca się góra trupów i te oczy… Do rana nie mogę wtedy zasnąć. Może to grzech, ale do dziś czuję nienawiść do ludzi, którzy byli za to odpowiedzialni. Ludzi, którzy stworzyli ten straszliwy system. Dręczyli nas, upokarzali i mordowali.

W 1952 roku przewieziono mnie do łagru pod Krasnojarskiem. Tam pracowałam przy wyrębie lasu. Ważyłam czterdzieści pięć kilo, a piła, którą musiałam operować, ważyła trzydzieści sześć. Chleba dawali nam śmiesznie mało, do tego parzony owies ‒ taki jak dla koni. Były dni, gdy zazdrościliśmy tym, którzy umierali. Ich udręka wtedy się kończyła.

Pogoda była ekstremalna. Śnieg leżał do maja, a w lipcu temperatura dochodziła do ponad czterdziestu stopni na plusie. We wrześniu znowu jednak spadał śnieg i mróz trzymał aż do maja.
(…)
W październiku 1952 roku zostałam wezwana do obozowej kancelarii. Przyjął mnie tam oficer operatywny, czyli miejscowy bezpieczniak.
‒ Mogę cię pocieszyć… ‒ powiedział.

Zrobiło mi się gorąco, tysiące myśli przeleciało mi przez głowę. Czyżby moje modły przyniosły efekt?! Zwolnienie! Wracam do domu! Wtedy jednak on dokończył:
‒ …twój brat bandyta został zabity.



Gdy to usłyszałam, ugięły się pode mną nogi.
Okazało się, że bolszewicy zrobili obławę na oddział mojego brata. Został ranny, okrążony. Ostatni pocisk zostawił dla siebie, nie chciał dostać się żywcem w ręce wroga. Miał dwadzieścia cztery lata. Do dziś nie wiemy, gdzie zakopali jego ciało.
(…)


„Dawno wróciłaś?”



Pewnego dnia, był już rok 1953, wezwał mnie komendant obozu. Spytał, ile mam lat i na ile zostałam skazana. Okazało się, że właśnie zdechł Stalin. Użyłam takiego słowa, bo uważam, że słowo „umarł” jest zarezerwowane dla ludzi. A on człowiekiem nie był.
Ogłoszono amnestię, w ramach której zmniejszono mi wyrok o piętnaście lat. Potem moja sprawa została jeszcze raz rozpatrzona. Uznano, że skoro wstąpiłam do Armii Krajowej jako niepełnoletnia, to można mnie wypuścić. Wyszłam z łagru w 1955 roku, tuż przed Sylwestrem. Władze obozowe kupiły mi bilet, dały parę groszy na jedzenie. Wsadzili mnie do pociągu na zachód. Przed samą Moskwą zostałam napadnięta przez bandę chuliganów. Przystawili mi nóż do gardła i zabrali pieniądze. Kolejne trzy doby jechałam bez jedzenia.

Na wolność wypuszczono również moich rodziców. Zamieszkaliśmy u siostry w Skidlu, mieście w Białoruskiej Republice Sowieckiej. Tu mieszkam do dzisiaj. Do naszej wsi nie mogliśmy powrócić. Ojciec pracował fizycznie, robił beczki. Podobnie mama, którą przydzielono do palenia w szpitalnym piecu.

Dopiero latem 1956 roku postanowiłam odwiedzić naszą rodzinną wieś. Spotkałam tam wielu znajomych, krewnych i kolegów, z którymi chodziłam do szkoły. Wieczorem poszłam z kuzynką na zabawę, która ‒ zgodnie z dawnym zwyczajem ‒ odbywała się u nas zawsze po odpuście. Weszłam do środka i nagle go zauważyłam. Nie mogłam uwierzyć. Mój Jasio. Był na parkiecie, tańczył z jakąś pielęgniarką. Po chwili on również mnie zobaczył. Odprowadził natychmiast tę dziewczynę na ławkę i podszedł do mnie.

‒ Dawno wróciłaś? ‒ spytał.
‒ W zeszłym roku.
‒ I nie dałaś znać?!
Nie odpowiedziałam. Spytałam tylko:
‒ A ty jak, żonaty?
‒ Siądźmy, porozmawiajmy.
Usiedliśmy. Nie minęło pół godziny, gdy mi się oświadczył. Okazało się, że się nie ożenił, pozostał kawalerem. Odpowiedziałam mu jednak, że nie mogę wyjść za mąż, bo nie mam dosłownie nic. Ani pościeli, ani palta. Wszystko straciłam, wszystko rozkradli. Nie mam nawet pracy. Kiepska ze mnie partia. Wtedy on się uśmiechnął.

‒ Nie martw się tym ‒ powiedział. ‒ Od tej pory o wszystko będziemy się starać razem.

(…)
Było nam ciężko. W Związku Sowieckim panowała powszechna nędza, wszystkiego brakowało. A ja jeszcze nie mogłam dostać pracy. Trochę szyłam, potem sprzedawałam lody. Kiedy już miałam dzieci, skończyłam technikum handlowe.

Miałam dostać posadę, wszystko było już umówione. Aż tu nagle do tego zakładu zadzwonili z NKWD. Pracy oczywiście nie dostałam. Bezpieka mnie obserwowała, byłam inwigilowana. Nękali również mojego męża. Był w końcu synem kułaka, a poza tym również służył w Armii Krajowej.

Kiedy w 1991 roku Związek Sowiecki wreszcie się zawalił, świętowaliśmy. To był jeden z najwspanialszych dni w moim życiu, nadzieje miałam olbrzymie. Od razu przywrócono katolickie święta, wydawało się, że będzie tak jak dawniej. Niestety, trwało to bardzo krótko. Na Białorusi szybko cofnięto zmiany. Kraj ten dzisiaj niewiele różni się od Związku Sowieckiego.

Mojego wyroku nie anulowano, nigdy nie zostałam zrehabilitowana. Władze uważają mnie więc nadal za „wroga ludu”. A moich katów, zbirów z NKWD, za bohaterów. Wielokrotnie pisałam podania, żeby wskazano mi, gdzie znajduje się grób mojego brata. Za każdym razem odmawiano.

W ogóle Polakom jest tu źle. Musimy walczyć o to, żeby msza mogła być odprawiana po polsku, żeby nasze dzieci mogły w szkołach uczyć się polskiego. Wychodzimy na ulicę, protestujemy, a oni pakują nas do aresztów. Zupełnie jak dawniej. Chociaż mam osiemdziesiąt cztery lata, nie składam broni. Walczę. Mam tyle energii, jest tyle do zrobienia. (…)

Pozostaje już tylko nadzieja, że może naszym wnukom ułoży się lepiej. Wnuczkę Marynę, gdy tylko skończyła czternaście lat, wyprawiłam do Polski. Skończyła studia w Białymstoku. Wyszła za mąż, ma dwoje dzieci, Agatkę i Marcinka.

Czasami pytają mnie, dlaczego ja również nie wyjadę. Dlaczego nie opuszczę Białorusi. Odpowiadam, że nie ma o tym mowy. Że ja się stąd nie ruszę za żadne skarby. Jestem w tę ziemię wrośnięta korzeniami. To jest bowiem nasza ziemia. Tu są groby moich przodków i moich najbliższych. W tę ziemię wsiąkła krew mojego brata. Tu jedenaście lat temu pochowany został mój mąż. Chcę spocząć u jego boku.



Opublikowany fragment pochodzi z książki Anny Herbich „Dziewczyny z Syberii. Prawdziwe historie” Znak Horyzont, Kraków 2015






http://niezlomni.com/nigdzie-jedziemy-p ... e-koszmar/



-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » niedziela, 11 gru 2016, 09:04

Tomasz Sommer – Operacja Anty Polska NKWD 1937-1938


Książka to zwieńczenie trylogii poświęconej ludobójstwu dokonanemu na Polakach w ZSRS w latach 1937-1938. W wyniku sowieckiego terroru zginęło ok. 200 tys. spośród prawie miliona tamtejszych Polaków. Operację zleciło Biuro Polityczne KC WKP(b) pod przewodnictwem Józefa Stalina, a przeprowadził ówczesny szef NKWD Nikołaj Jeżow przy pomocy ściśle tajnego rozkazu 00485. Operacja polska NKWD była drugą pod względem ilości ofiar częścią sowieckiego Wielkiego Terroru. Książka jest najbardziej wyczerpującym opracowaniem na ten temat dostępnym na rynku europejskim!

Tomasz Sommer tzw. Operacją polską NKWD zajmuje się od 6 lat. W tym czasie wydał pierwszy zbiór poświęconych jej dokumentów – „Rozstrzelać Polaków – Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim. Dokumenty z centrali” (2010) oraz zbiór relacji świadków tej sowieckiej zbrodni „Dzieci operacji polskiej mówią” (2013). Niniejsza monografia jest zwieńczeniem programu badawczego, który obejmował lekturę tysięcy dokumentów, setek opracowań, rozmowy z dziesiątkami świadków oraz konsultacje z czołowymi rosyjskimi
historykami epoki stalinizmu.




Obrazek



Opisywana przez Sommera „operacja polska” trwała od 1937 roku do 1938 roku. W trakcie jej przebiegu sowieci kierując się nienawiścią etniczną wymordowali 200.000 Polaków, czyli 20 proc. jedno milionowej populacji Polaków zamieszkujących tereny Związku Radzieckiego. O skali nienawiści sowietów świadczy to, że w tym okresie w ZSRR tylko 1 proc. obywateli został wymordowany, a Polacy wymordowani byli w 20 proc.

Ludobójstwo Polaków z pobudek etnicznych zlecił Stalin. Polacy zostali wymordowani przez NKWD, którym kierował Jeżow. Sowieci, by mieć pretekst do zagłady wymyślili istnienie rzekomej polskiej siatki wywiadowczej w ZSRR o nazwie POW. Pretekstem do aresztowań był także rzekomy antysemityzm Polaków. Antysemityzm w ZSRR był traktowany jako szczególna zbrodnia i surowo karany – krytykę Żydów traktowano jako krytykę władzy komunistycznej. „Na początku wielkiego terroru większość oficerów NKWD, także tych odpowiedzialnych za stalinowskie ludobójstwo, stanowili Żydzi, którzy nawet jeśli uznawali się tylko za komunistów, to jednak nie zapominali zwykle o swoim pochodzeniu”. „Żydzi byli jedną z tych narodowości sowieckich”, które nie podlegały represjom jako grupa etniczna. Polacy, inaczej niż Żydzi w ZSRR, byli mordowani za to, że byli Polakami. „Ludzie dostrzegali oczywiście nadreprezentację Żydów w sowieckich organach władzy a zwłaszcza w NKWD.”

Źródłem etnicznej nienawiści sowietów była pamięć o dwukrotnym zdobyciu przez Polaków Moskwy w 1605 i 1610, wyższość cywilizacyjna Polaków, przynależność Polski do cywilizacji zachodniej, uszczuplenie granic Rosji w wyniku odrodzenia Polski w 1918, i katolicyzm Polaków. Uprzedzenia Rosjan wobec Polski były tak wielkie, że biali woleli przegrać z bolszewikami niż skorzystać z pomocy Polaków za cenę zaakceptowania powstania niepodległej Polski.

Eksterminacja Polaków została poprzedzona antypolską propagandą. Polacy byli przedstawiani jako naród antysemicki, wyzyskiwaczy i kleru katolickiego. Polska miała być faszystowska i przeżarta wszelkimi patologiami: zapaścią demograficzną, epidemią chorób wenerycznych, powszechną przestępczością, głodem i brakiem demokracji.

„W kontekście rozmaitych sowieckich mordów masowych novum operacji polskiej było to, że władze na Kremlu po raz pierwszy ściśle określiły etniczno-kulturowe (a nie klasowe) korzenie ofiar”. W trakcie akcji sowieci mordowali Polaków w wieku od 16 do 60 roku życia. Wcześniej Polacy byli przez sowietów zabijani w akcjach mordowania kułaków, czyli chłopów posiadających ziemie i w akcji mordowania osób religijnych.

„Najczęściej przeznaczonych na śmierć (…) mordowano strzałem w tył głowy”. Zabitych chowano zbiorowych mogiłach na terenie poligonów NKWD lub w ich poliżu. Polacy byli też mordowani „poprzez duszenie, topienie w morzu (…) bicie drewnianymi klocami czy toporami”. Sowieci w czasie mordów nie stronili od sadystycznych metod – znany jest przypadek gdy żywym Polakom wyrywano gardła narzędziami. Przed egzekucją w placówkach NKWD musieli rozbierać się do naga i byli rozstrzeliwani w łaźniach, dzięki czemu można było łatwo oprzątnąć krew. Mordów dokonywali funkcjonariusze NKWD, żołnierze Armii Czerwonej i aktywiści partii komunistycznej. W wyniku bałaganu zabijano też osoby przypadkowe. Zabitym jeżeli mieli wyrywano złote zęby. Po latach oprawcy byli dumni ze swoich zbrodni.

Polaków aresztowano na podstawie uprzednich list proskrypcyjnych, przygotowanych przez lokalną administrację na zlecenie NKWD. Po aresztowaniu wymuszano torturami przyznanie się do stawianych nieprawdziwych zarzutów. Często umierali w trakcie tortur. Mienie aresztowanych i ich rodzin było konfiskowane. Rodziny zabitych nie były informowane o losie swoich bliskich, ani o miejscu ich pochówku. Operacje przeprowadzano w tajemnicy. Ludzie znikali z rzeczywistości i akt.

Dzieci zabitych wysyłano do sierocińców. Cześć z nich z powodu fatalnych warunków umierała. Te które przeżyły miały zmieniane nazwiska i pozbawiane były informacji o swoich rodzicach; likwidowano ich wszystkie związki z Polską. Te rodziny które przeżyły były prześladowane przez dziewięciolecia w ZSRR i musiały okrywać swoją polskość.

Praca Sommera – prócz niezwykle interesującej treści – zawiera liczne mapy, schematy represji, teksty dokumentów, relacje zbrodniarzy i ich ofiar oraz dzieci ofiar. Autor rozpoczyna swoją publikację opisami metodologii użytej w badaniach, oraz opisem stanu badań. Kolejne rozdziały ukazują czytelnikom antypolską politykę sowietów przed zagładą Polaków, antypolską propagandę sowietów, i przebieg samej zbrodni.




Jan Bodakowski
https://prawy.pl/7553-tomasz-sommer-ope ... 1937-1938/

-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » niedziela, 29 sty 2017, 16:05

Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » środa, 7 cze 2017, 16:59

"Przemówienia sądowe" Andrieja Wyszynskiego

Książka ta, była podręcznikiem, na którym kształciły się kadry systemu represji sądowych, a więc sędziów i prokuratorów PRL; stanowiła także materiał instruktażowy dla oficerów i podoficerów milicji, bezpieki i wojska


Obrazek



Zgodnie z zapowiedzią, publikuję w odcinkach zapomnianą dziś, gdyż planowo niszczoną książkę sowieckiego prokuratura generalnego Andrieja Wyszynskiego (Вышинский, Андрей Януарьевич), pt. „Przemówienia Sądowe”, będącej - bezcennym z punktu widzenia bolszewickiego aparatu terroru i zbrodni - zbiorem mów oskarżycielskich, które stanowiły podręcznik dla twórców podobnie zbrodniczego systemu w powojennej Polsce.

Książka ta, była podręcznikiem, na którym kształciły się kadry systemu represji sądowych, a więc sędziów i prokuratorów PRL; stanowiła także materiał instruktażowy dla oficerów i podoficerów milicji, bezpieki i wojska – patrz pieczątka Biblioteki Szkoły Podoficerów M.O. w Pile – i na niej „szlifowali” swe umiejętności tacy, wybitni zbrodniarze komunistyczni, jak Michnik, Wolińska, Baumann, czy Cimoszewicz (http://www.antyk.org.pl/ojczyzna/cimoszewicz.htm) i cała reszta bolszewickiej swołoczy, przywleczonej siłą czołgów i hord Stalina na stanowiska prokuratorów, sędziów, czy oficerów LWP i Informacji Wojskowej, a także „luminarzy kultury” i sadzących drzewka „społeczników”.

(Patrz także: Funkcjonariusze stalinowskiego aparatu represji w Polsce 1944-1956 na http://tiny.pl/g5x6h).

Na książce tej i jej rosyjskojęzycznych, wcześniejszych odpisach, wychowało się nie tyko pokolenie zbrodniarzy sądowych epoki stalinowskiej, lecz także i współcześni „luminarze prawa”, pobierający nauki od starych mistrzów…

Ze względu na swoją złowrogą wymowę, demaskującą intencje aparatu represji systemu bolszewickiego w Polsce, po roku 1956-tym, zaczęto usuwać i niszczyć podobne tej publikacje, nie tylko aby zatrzeć ideologiczną wymowę zbrodni, lecz także, aby tworzyć legendę „starych, dobrych czasów”, której przykładem jest stan „świadomości społecznej” około połowy dzisiejszych Obywateli, uważających stan wojenny, za zjawisko pozytywne. (Ciekawe, czy nie zmieniliby zdania, gdyby podsunąć im, pod wytworne nosy, smród owocześnie panujący np. w autobusach i tramwajach).

Niektóre egzemplarze tej książki przetrwały w zakamarkach niektórych bibliotek uniwersyteckich i są dostępne dla koneserów, (a może na wszelki wypadek), lecz żadna z nich nie zdobyła się na digitalizację „dzieła” Wyszynskiego, i szerokie udostępnienie podstaw ideologicznych funkcjonowania systemu sowieckiego tak, aby jasnym stały się motywy i żródła prawa wyroków ferowanych przez stalinowskich sędziów oraz, współcześnie np. wystąpień ulicznych w „obronie demokracji”, skąpo nawiedzane przez „młodzież”, która swą karierę polityczną i społeczną rozpoczęła od – dowodzącego wyższości socjalizmu nad kapitalizmem - V-go Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów.

(Patrz także: http://tiny.pl/g5x6q)

Publikowany poniżej egzemplarz „Przemówień” – a wraz z nim kilka innych, bezcennych pozycji, a w tym roczników „Myśli Narodowej” - ocalał dzięki inwencji B:.W:.Cz:.W:.M:.B:.Aleksandra Kalinowskiego, który już w wieku 7 lat, w roku 1950-tym, doznał okropności i brutalności systemu stalinowskiego, wielokrotnie przesłuchiwany przez toruńską prokuraturę, i sądzony za „działalność anty-państwową”, otrzymując kuratora sądowego oraz zakaz „bawienia się z pozostałymi podsądnymi”, będącymi wówczas przedszkolakami, w wieku lat 6-ciu. Całe „przestępstwo” polegało na tym, że owa, „zorganizowana grupa przestępcza” wspięła się w Toruniu na latarnią gazową… i z niej „zjeżdżała”.

Jeżeli w ogóle można mówić o „wartościach” tej książki, to posiada ona ogromne znaczenie w procesie uświadamiania współczesnym pokoleniom, kim był – często gloryfikowany pod postacią „dobrotliwej lewicy” - tak zwany „człowiek sowiecki”, z jego szczególną mentalnością i etyką.

Podczas czytania „Przemówień”, nasuwa się także pytanie: czemu miały służyć te wielogodzinne, bezsensowne i ohydne tyrady, skoro „wyroki” były ustalane z góry, decyzją zupełnie innych gremiów, niźli składu orzekającego?

Odpowiedź na to pytanie znajdziemy u Aleksandra Sołżenicyna, w „Archipelagu Gułag” – instytucji, do której istnienia nie przyznaje się „postępowa i łagodna lewica”. Otóż, według opowieści więźniów Butyrek i Łubianki, podczas procesów moskiewskich i im podobnych, ulicami Moskwy przechodziły wielotysięczne pochody, skandujące jedno słowo: „śmierć”, a dialektyka oskarżyciela miała na celu podstawowe zadanie systemu komunistycznego: odczłowieczenie podsądnych, a przy okazji wpojenie nienawiści do współobywateli – czyli atomizacji i skonfliktowania jednostek we wszystkich zrzeszeniach, by łatwiej było nimi rządzić „awangardzie klasy robotniczej”.

O głębokości demoralizacji „człowieków sowieckich”, których łatwo rozpoznać po poziomie dyskursu publicznego i wypowiedzi dzisiejszych „wybitnych dziennikarzy, artystów i polityków”, barwnie pisze, zapomniany pisarz rosyjski, Jakow Głosowker w książce pt. „Spalona powieść” – wstrząsającej krytyce systemu bolszewickiego i tego, co uczynił z Człowiekiem. W cytowanej książce, Isus – główna postać, symbolizująca Chrystusa Pana (częsty motyw w literaturze rosyjskiej, patrz: Dostojewski, Bułhakow) – przenika do celi skazanego na śmierć anarchisty i proponuje mu przebranie się za niego i pójście, zamiast niego na – mającą się odbyć o świcie – kaźń. W „Spalonej powieści”, Isus jeszcze dwukrotnie spotyka się z mieszkańcami Moskwy, oferując im pomoc, w trudnych chwilach, napotykając na Swej drodze właśnie „człowieków sowieckich”, wychowanych przez nowy system polityczno-filozoficzny, który Chrystusową zasadę „zło Dobrem zwyciężaj” zamienili na – sowieckie „zło złem zwyciężaj”.

Czy demoralizacja przez system sowiecki zanikła wraz upadkiem zssr i „obaleniem komunizmu” w Polsce, w roku 1989-tym? Na to pytanie, Czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, uważnie analizując współczesną rzeczywistość.

Obecnie, w przestrzeni publicznej toczy się spór o „niezawisłość aparatu sądownictwa”, przy okazji którego publikowane i szeroko komentowane są „barwne” wybryki i wypowiedzi poniektórych sędziów i prokuratorów; komentowane kontrowersyjne i zadziwiające orzeczenia, i wyroki; wszystkie zaś przypadki wywołują zapytania o źródła moralności i mentalności tego środowiska.

Źródła te znajdują się w poniższym podręczniku, który – dla wielu – nic nie stracił ze swojej aktualności…


Marek Stefan Szmidt
http://polacy.eu.org/5929/-przemowienia ... -pierwsza/
http://ekotrendy.com/EBook.html




-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

Avatar użytkownika
krzysiek4
Przyjaciel
 
Posty: 2664
Dołączył(a): poniedziałek, 27 sty 2014, 17:58
Lokalizacja: Peloponez

Re: CZYTELNIA

przez krzysiek4 » sobota, 22 lip 2017, 17:51

Pająk H. - Złodzieje Milionów
http://docer.pl/doc/e0nec


Pająk Henryk – Rockefellerowie
Obrazek
http://docer.pl/doc/s00v5x



Przedsiębiorstwo Holokaust – 6 milionów kłamstw
http://docer.pl/doc/115ece

-
Co­kol­wiek będzie, co­kol­wiek się sta­nie, Jed­no wiem tyl­ko: spra­wied­li­wość będzie, Jed­no wiem tyl­ko: Pol­ska zmartwychwstanie.

  Poprzednia strona   Następna strona
Posty: 72   •   Strona 7 z 8   •   1 ... 4, 5, 6, 7, 8

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Teraz jest poniedziałek, 21 sie 2017, 21:38